mamawniemczech blog

Na moim blogu opisuję codzienne życie mamy w Niemczech. Jestem dumną mamą chłopca i dziewczynki. Serdecznie zapraszam na mojego bloga! Komentarze mile widziane!

Odkąd urodziłam dzieci moje włosy się pogorszyły – szybciej się przetłuszczają a końcówki suche :/ Nie lubię i nie mogę nawet kupować wszelkiego rodzaju kosmetyków cudów, ktoe obiecują wygładzenie czy poprawę wyglądu włosów, gdyż jestem uczuleniowcem i jak już wejdę do drogerii to godzinę czytam składniki kosmetyków :/ Dzisiaj więc korzystając z tego, że mam nieco więcej czasu, postanowiłam poszukać w Internecie domowych maseczeki odkryłam maseczkę-żel z siemienia lnianego – super bo mam tego w domu pod dostatkiem i nikt nie korzysta …. Przepis znalazłam tutaj

Potrzebujemy

szklankę wrzącej wody

1-2 łyżki siemienia (ja dodałam dość sporo)

Zalewamy niezmielone siemię wrzątkiem i wg przepisu gotujemy je około 5 minut ale w innym artykule wyczytałam aby gotować około 15. Następnie na drobnym sicie przesedzamy – ziarenka zostają na sitku a to co namspływa to właśnie taki żeliksiemieniowy. Studzimy go trochę i nakładamyna nieumyte włosy, owijamy folią i ręcznikiem i trzymam 20-30 minut, najstępnie spłukujemy i myjemy szamponem. Podobno efekt super – odżywione włoski! Jestem ciekawa efektu.

W Adwencie w Niemczech pracowite panie domu pieką niezliczoną ilość świątecznych ciasteczek, nie inaczej jest jak się ma w domu dzieci :P Pierniczki,kokosanki i kruche ciasteczka marcepanowe mamy już za sobą, więc myślałam, że już więcej nie będę musiała piec a tu w poniedziałek odbieram dzieci ze szkoły a córeczka mi opowiada, że jej koleżanka z klasy przyniosła ciasteczka z serduszkiem i kwiatuszkiem i w środku był dżem i ona też takie chce upiec :P Co było zrobić, kupiłam zapas masła i zabraliśmy się za szukanie przepisu bo ciasteczka kojarzyłam, niestety nigdy ich nie robiłam więc nawet nie wiedziałam jak się je w Niemczech nazywa ale od czego jest Wujek Google :P Szybko znalazłam nazwę – są to tak zwane Linzer (Plaetzchen) i szukałam jak najprostszego przepisu i nawet na polskiej stronie taki znalazłam, co po polsku i sprawdzone to lepiej :) Myślę, że najłatwieszy przepis to ten ze strony 
http://allrecipes.pl/przepis/4834/kruche-ciasteczka-z-d-emem-malinowym.aspx?o_is=Hub_TopRecipe_3

Składniki
ilość porcji: 10 

  • 1 jajko
  • dżem malinowy – ile będzie trzeba
  • 130 g solonego miękkiego masła
  • 250 g przesianej mąki pszennej
  • 80 g cukru pudru

Sposób przygotowania
Przygotowanie: 30min.  ›  Gotowanie: 10min.  ›  Gotowe w: 40min. 

  1. Zmiksować masło z cukrem na puszystą masę.
  2. Dodać jajko i zmiksować. Stale mieszając, dodać mąkę i kontynuować mieszanie, aż powstanie ciasto.
  3. Umieścić ciasto pomiędzy dwoma arkuszami papieru do pieczenia i rozwałkować do grubości 2 mm.
  4. Rozgrzać piekarnik do 200 C.
  5. Wykroić ciasteczka o dowolnych kształtach. W połowie ciasteczek wykroić na środku małe otworki, mniejszą wykrawaczką.
  6. Piec ciastka przez około 5-10 minut pilnując, aby się nie przypaliły.
  7. Wyjąć z piekarnika i ostudzić.
  8. Ciasteczka bez otworów posmarować cienką warstwą dżemu. Posklejać je z ciasteczkami z otworkami.

Muszę powiedzieć, że to że we wszystkich innych przepisach pisało, że wyrobione ciasto dać na minimum 30 minut do lodówki ma coś w sobie bo ciasto nijak niedało się rozwałkować tak aby się nie kleiło do papieru do pieczenia:P Pozatym jak juz było po wyjęciu z lodówki nieco bardziej „zbite”, reszta poszła jak z płatka i ciasteczka wyszły bardzo pyszne – do smarowania używałam domowej konfitury z pigwy ale można użyć dowolnego, ulubionego dżemu. Smacznego!

 

Robi się coraz bardziej zimowo i świątecznie – sezon na wszelkiego rodzaju Weihnachtsfeier został właśnie wczoraj otwarty i to od razu podwójnie bo o 18:00 pojechałam z dziećmi do szkoły a zaraz po ich występach – do pracy Męża. W tym roku Córeczka miała swój debiut bo od września jest pierwszakiem. Bardzo przeżywała i chodziła dumna i blada, że będzie tańczyć:) Cały program występów trwał dobre półtora godziny, Córka występowała prawie na początku – taniec wyszedł jej idealnie, bardzo dobrze opanowała cały układ taneczny :) Dla mnie jako mamy jest to zawsze wzruszająca chwila jak mogę uczestniczyć w takich ważnych dla nich momentach. Synuś w tym roku prowadził ze swoją klasą quiz świąteczny :) Szybciutko po występach manewrując wśród dużej ilości rodziców czy dziadków uczniów, dotarliśmy do szatni po kurtki i rach ciach szybko pojechaliśmy autem do pracy Męża. Tam przyjęcie zaczęło się już o 17 więc koło 20 jak zajechaliśmy to trafiliśmy akurat na najważniejszą część – rozdawanie prezentów. W tym roku pracownicy zorganizowali tombolę – każdy miał przynieść z domu coś niepotrzebnego i zapakować to jako prezent. Na dany sygnał każdy miał podejść i wybrać jakikolwiek prezent. Kiedy skończyła grać muzyka, każdy na trzy cztery miał otworzyć prezent a później …. wymienić się z kimś na inny prezent :) Najlepszą zabawę miała moja córka, która biegała co całej sali i co chwila przynosiła jakieś coraz to nowe prezenty:P Suma sumarum na koniec przyszliśmy chyba z 10 prezentami :P Wynieśliśmy też co nieco a więc bilans wyszedł na zero:)

Pisałam już o moich próbach upieczenia chińskich ciasteczek z wróżbą w poprzednim poście. Dzisiaj podaję 2 przepis, na który natrafiłam na niemieckim blogu (
http://kreativfieber.de/leckerschmecker-glueckskekse/
), jeszcze go nie wypróbowałam (ale mam jutro zamiar :P ). W tym przepisie składniki się nieco różnią …

  • 40 gram masła
  • 3 białka
  • szczypta soli
  • 60 gram cukru pudru
  • 60 gram mąki

Nagrzewamy piekarnik również do 180 stopni jak w pierwszym przepisie. Na papierze do pieczenia rysujemy kółka o średnicy 8 cm i kładziemy go na blaszce. Rozpuszczamy masło i odstawiamy je na bok. Białka ubijamy lekko na pianę i dodajemy cukier puder i sól. Następnie dodajemy mąkę i rozpuszczone masło. Małą łyżeczką nakładamy ciasto na narysowane kółka i lekko rozsmarowujemy aby wypełnić brzegi. Pieczemy ciasteczka 5-6 minut na środkowej półce. Następnie musimy działać szybko – wyjmujemy ciasteczka, wkładamy do środku karteczkę z wróżbą, ciasteczka lepimy w kształt półksiężyca (jak pierogi) i prostym brzegiem kładziemy na brzeg filiżanki aby ciasteczko nabrało charakterystycznego kształtu. Ciasto nie może nam się ochłodzić ani stwardnieć bo zacznie się kruszyć. Dlatego najlepiej jest piec po maksymalnie 3 ciasteczka (chyba, że ma się pomoc). Uważamy na palce bo można się oparzyć zlepiając brzegi. Gotowe ciasteczka zostawiamy aby trochę przeschły zanim zapakujemy je w woreczki lub włożymy do  puszki.

Bardzo lubimy jeść w chińskiej restauracji a ciekawym „deserem” lub starterem są chińskie ciasteczka z wróżbą. Pomyślałam czemu nie spróbować zrobić samemu takich smakołyków i poszukałam w Internecie przepisu.Znalazłam dwa  jeden na polskim, drugi na niemieckim blogu i dzisiaj wypróbowałam upiec według pierwszego przepisu.

Będziemy potrzebowali (za 
http://www.mojegotowanie.pl/przepis/chinskie-ciasteczka-z-wrozba
):

  • 15 dag mąk
  • 2 jajka
  • 1 łyżka cukru
  • ½ opakowania cukry wanilinowego
  • 1 łyżka oleju
  • odrobina cynamonu
  • szczypta soli
  1. 1. Na początku przygotowujemy karteczki z wróżbami. Wycinamy paski papieru o wymiarach 1 x 21 cm. Piszemy na nich długopisem treść wróżby i zginamy na pół 4 razy.
  2. 2. Mąkę przesiewamy na stolnice. Dodajemy jajka, olej, cukier, cukier wanilinowy i sól. Bardzo dobrze zagniatamy. Dzielimy ciasto na dwie części, jedną przykrywamy aby nie wysychała a drugą bardzo cienko rozwałkowujemy. Wycinamy szklanką kółka. Na każde kładziemy karteczkę z wróżbą (tak jak na zdjęciu). Dokładnie zlepiamy palcami brzegi ciasteczka tak jak w pierożku. Zginamy w połowie, nadając kształt charakterystyczny dla chińskiego ciasteczka. Na jakiś czas przewieszamy ciasteczka przez brzeg filiżanki, aby utrwalił się ich kształt. Następnie wykładamy na blachę wysmarowaną olejem. Wierzch każdego ciasteczka można posmarować białkiem.
  3. 3.Pieczemy ok. 20 min w temp 180 C w międzyczasie przewracając na drugą stronę.

Z racji, że nie miałam akurat cukru waniliowego w ogóle go pominęłam, co zauważył mój mąż kosztując jednego ciasteczka :P Muszę przyznać, że jak na pierwszy raz wyszły zjadliwe, jednak nie wyglądają i nie smakują jak te oryginalne :( Być może moim błędem było, że nie upiekłam ich na wysmarowanym olejem papierze lub za grubo niestety rozwałkowałam. No cóż, będę znów próbować …

Oto moje wypieki:

ciasteczka

Dni biblijne

Brak komentarzy

Dzisiaj u nas święto – Buss und Bettag – czyli w sumie święto kościoła ewangelickiego,dodatkowo na Bawarii w tym dniu dzieci mają wolne od szkoły, niestety rodzice nie mają w pracy dnia wolnego :( W tym roku dzieci przyniosły mi ze szkoły zaproszenie na tzw. dni biblijne –  specjalnie organizowany dzień, w którym dzieciom są czytane historie biblijne, głównie ze StaregoTestamentu. Spotkanie zaczyna się o 9:00 (można przyprowadzić dzieci już od 7:45) i kończy o 14:00, odbywa się ono bez rodziców, za każde dziecko wnosi się opłatę pokrywającą jedzenie oraz materiały plastyczne w wysokości 4 euro. Podczas spotkania dzieci wspólnie śpiewają religijne piosenki, czytają i słuchają historii, jedzą i wykonują prace plastyczne. W tym roku dni biblijne odbywały się pod hasłem „Kraina mlekiem i miodem płynąca”.Dzieciaki poznały za pomocą starożytnej mapy i tajemniczych znaków, które pani dla nich „przetłumaczyła” historię wyprowadzenia Izraelitów przez Mojżesza.Na koniec mogły ozdobić płócienne torby i zabrać je do domu, wykonywały też tabliczki z imionami. Z racji, że syn w przyszłym roku przystępuje do I Komunii, takie spotkanie było na pewno przydatne. Co prawda Bibeltag nie był wpisany na listę terminów, które ksiądz rozdał rodzicom kilka dni temu na spotkaniu organizacyjnym ale myślę, że w interesujący sposób przybliżył dzieciom Biblię. Chciałabym dodać, że tutaj przygotowanie do I Komunii odbywa się zupełnie inaczej w Polsce – przede wszystkim nie ma żadnego egzaminowania dzieci a i przygotowania zaczynają się tak naprwdę w styczniu (I spowiedź) i krótko przed Komunią jest próba. Ksiądz uważa,moim zdaniem słusznie, że najważniejszą wiedzę na temat religii, Boga, Komunii dziecko powinno wynieść z domu oraz rodzice pownni być przykładem dla dzieci -są to jedne z filarów niezbędnych gdy posyłamy dziecko do Komunii. Kolejnym filarem są lekcje religii w szkole oraz obecność na mszach w ciągu roku kościelnego oraz na 2-3 spotkaniach w grupach, podczas których dzieci same robią świece na komunię oraz poznają jak wypieka się hostię i … to wszystko. Oczywiście nie ma czegoś takiego jak „ile kosztuje Komunia”?

Na dworze coraz zimniej i nieprzyjemniej, dlatego nic tak nie pomaga na poprawę humoru, jak pieczenie świątecznych ciasteczek. Co prawda dopiero początek miesiąca ale z racji, że większość prezentów pod choinkę przygotowuję sama (między innymi różnego rodzaju smakołyki), powoli zaczęłam się brać za pierwsze wypieki. Mój teściu lubi na przykład bardzo kokosanki, które nawet powinny trochę poleżeć w metalowym pudełku. W tym roku święta spędzamy u moich rodziców, dlatego kokosanki powstały już teraz i dostarczymy je osobiście zainteresowanemu, bo przyjedziemy na okragłe urodziny teściowej:P

Poniżej cytuję przepis, którym się zainspirowałam:

( za http://pysiatysiowa.blogspot.de/2015/07/przepis-na-kokosowe-ciasteczka-moje.html)

Składniki:
 
3 białka
25 dkg cukru kryształu
25 dkg wiórek kokosowych
1 opakowanie cukru waniliowego
szczypta soli
opłatki ( lub andrut pokrojony na kawałki)
***
Białka ze szczyptą soli ubijamy na sztywną pianę. Po czasie, gdy piana jest już sztywna, dodajemy cukier i chwilę ubijamy. Na koniec dodajemy wiórki kokosowe i delikatnie mieszamy.
Nagrzewamy piekarnik do temp. 200- 210°C.

 

 

Na suchą blachę wykładamy opłatki lub andruty. Małą łyżeczką nakładamy na nie masę. Wkładamy do piekarnika i pieczemy na złoty kolor. Po wyjęciu z piekarnika musimy odczekać, aż kokosanki ostygną i staną się chrupkie.

 

Drobne uwagi:
  • Masę na opłatki/ andruty nakładamy tak, aby krawędzie zostały odsłonięte. Masa rozlewa się na boki podczas pieczenia.
  • Ciastka pieczemy na złoty kolor. Czym dłużej będą w piekarniku, tym bardziej staną się suche i będą smakować jak trociny.
  • Na górę można położyć kawałek orzeszka włoskiego lub do masy dodać płatki migdałów.

Ja piekłam według przepisu z magazynu EDEKA i tam dałam 4 białka i piekłam w niższej temperaturze bo 130 Stopni z termoobiegiem.

Dzisiaj krótko o ciekawej (moim zdaniem) zabawce edukacyjnej, którą synek dostał w prezencie od dziadka. Chodzi tu o domową hodowlę prehistorycznych triopsów. Producentem jest włoska firma Clementoni. W zestawie znajdziemy akwarium dla triopsów, które chcemy sobie wyhodować, morski piasek, pipetę, strzykawkę z rureczką, 2 pojemniczki, lupę, kamyki, pokarm oraz jajeczka triopsów. Aby rozpocząć hodowlę należy zaopatrzyć się w wodę destylowaną. Wyhodowane zwierzątka żyją niestety krótko – średnio 1-2 miesiące, w sumie podobnie jak rybki :P Synek bardzo się cieszył na zakładanie hodowli, tak bardzo, że jak dostał zestaw podczas wakacji u dziadków, trzeba było go przekonywać, że z rozpoczęciem hodowli trzeba poczekać aż wróci do domu bo raz założonej hodowli nie można ruszać :P

A więc gdy wakacje się skończyły, założyliśmy naszą pierwszą hodowlę. Muszę przyznać, że instrukcji trzeba bardzo trzymać, gdyż może to grozić niepowodzeniem całej hodowli lub niestety śmiercią zwierzątek. Pierwszym krokiem jest wypłukanie akwarium wodą destylowaną a nastepnie wlaniem odpowiedniej ilości wody destylowanej (tutaj było to trochę kłopotliwe, gdyż zalecano wlewać wodę za pomocą 2 malutkich pojemniczków). Następnie trzeba było nakleić na bok akwarium termometru i ustawić koło akwarium lampki z żarówką 60 Watt aby ogrzewała wodę. Dopiero gdy osiągniemy odpowiednią temperaturę – ok 24 stopnie możemy otworzyć opakowanie z jajeczkami. Najpierw trzeba je wymieszać ze specjalnym pokarmem, którymi będą żywić się małe triopsy zaraz po wykluciu. Producent niestety zastrzega, że czasami wykluje się jedno, dwa lub więcej jajeczek, niestety czasem możemy mieć pecha i nie wykluje nam się nic :) Jajeczka triopsów są bardzo malutkie więc niestety dość trudne jest ich wypatrzenie. Według instrukcji po około 5-7 dniach mogą pojawić się małe triopsy. U nas trwało to aż 10 dni! Już chciałam wylać wszystko i dać sobie spokój ale synek, który codziennie po wstaniu z łóżka zaglądał do akwarium, kontrolował temperaturę i sprawdzał czy coś się w końcu wykluło, obwieścił, że coś się tam rusza:) Mieliśmy szczęście i wykluły nam się 3 osobniki. Wydzieliliśmy małą część akwarium i nasypaliśmy tam kolejną porcję jajeczek ale niestety tym razem mieliśmy pecha i 3 próby nam nic nie dały. Małe triopsy rosły szybko i w ciągu 2 miesięcy z malutkim przezroczystych prawie kreseczek, osiągneły spore rozmiary:) Karmiliśmy je od wyznaczonego dnia codziennie i jeśli woda była mętna, za pomocą strzykawki z rureczką wysysaliśmy brud a później wlewaliśmy czystą wodę destylowaną. Muszę powiedzieć, że mając triopsy 2 miesiące, zużyłam 15 litrów wody destylowanej (3 butelki po 5l), do tego prawie cały dzień świeciła się lampka aby triopsom było ciepło. Niestety najgorsze było, gdy syn odkrył, że najpierw jeden a miesiąc później 2 kolejne triopsy padły, bardzo do przeżywał:( Myślę jednak, że kupienie takiej zabawki ma swoje zalety edukacyjne, przede wszystkim uczy dziecko odpowiedzialności za żywe stworzenie. Na razie zrobiliśmy przerwę w hodowli ale gdy znów będzie ciepło, myślę, że spróbujemy znowu. W Rossmanie widziałam takie zestawy w wersji mini – mniejsze akwarium, pozatym chyba wszystko to samo.

 

Pisałam już na moim blogu, że czeka mnie operacja żylaków. Zdecydowałam się ją wykonać w klinice w Regensburgu i mogę się z Wami podzielić wrażeniami. Przede wszystkim muszę zoperować obie nogi, na „pierwszy ogień” poszła lewa, bardziej chora noga (największe, widoczne gulki miałam na wewnętrznej stronie uda i nieco nieżej na łydce). Zdecydowałam się na metodę nieinwazyjną, w moim przypadku były to fale radiowe (po niemiecku Radiofrequenzbliteration, chyba metoda Closure Fast). Termin umówiłam w sierpniu a operację miałam już w październiku a więc szybciutko :) Lekarz mógł wykazać, że wykonanie operacji jest u mnie konieczne, ponieważ jedna z głónych żył nadawała się niestety do usunięcia i dlatego za operację metodą nieinwazyjną nie musiałam płacić (normalnie jeśli chce się nieinwazyjnie, trzeba wyłożyć z własnej kieszeni), dodatkowo moja kasa chorych miała właśnie akurat z tą kliniką podpisaną umowę. Jeśli kogoś interesuje była to klinika Venen Fachpraxis Regensburg na Guenzstrasse 5 w Regensburgu :)

Tydzień przed operacją zadzwoniłam do kliniki spytać o godzinę zabiegu, niestety taka praktyka aha i operują tylko w środy. Z racji, że operację wyznaczono mi na 8:45 i musiał mnie tam ktoś zawieźć i po zabiegu zawieźć do domu (zakaz jazdy autem) a podróż do kliniki zajmuje 45-60 minut, musiałam coś pokombinować żeby dzieciaki dotarły do szkoły. Na szczęście mogłam liczyć na tatę, który przyjechał do nas na kilka dni i właśnie w dzień operacji zawiózł dzieci do szkoły a ja mogłam spokojnie pojechać z mężem na zabieg.

Cały zabieg trwał około 30 minut. Nie byłam całkowicie znieczulona, od pasa w dół postawiono nade mną zasłonkę (jak przy cesarce hihi wreszcie mogłam poczuć ten klimat :P) i następowało nakłuwanie nóg a później wprowadzanie drenaża przez które wprowadzano fale radiowe, później coś mówiono mi o laserze (na koniec) i proszono mnie abym mówiła, gdybym czuła dyskomfort albo poczuła zbytnie ciepło. Jedyne co mi przeszkadzało, to właśnie nakłuwanie, to było trochę bolesne, pozatym nie narzekam. Najbardziej bolała w okolicy głównego winowajcy właśnie – sporej gulce na udzie. Po zabiegu mogłam normalnie sama wstać, nie miałam zawrotów głowy ani nie było mi niedobrze. Założono mi uciskającą pończochę na opatrunek i na drugi dzień po południu miałam się stawić na kontrolę. Wróciłam z mężem do domu i trochę się położyłam, zmęczenie dało o sobie znać bo rano wcześnie wstawaliśmy no i nie ukrywam, denerwowałam się trochę. Kiedy wstałam, trochę było mi niedobrze ale umiarkowanie :P Mój tata odebrał dzieciaki ze szkoły, inaczej musiałabym po nie iść na piechotę. Wieczorem mogłam zdjąć pończochę i ochłodzić ją trochę, wzięłam też środki przeciwbólowe bo po czasie noga zaczęła „ciągnąć” w miejscu gdzie miałam gulkę i trochę ciężko mi było chodzić ale z racji, że miałam i tak zalecone mało chodzić to za chwilę położyłam się na kanapę, nogi ułożyłam wyżej. O prysznicu w ten dzień mogłam zapomnieć – zakaz.

Na drugi dzień na kontrolę pojechałam z tatą i przy okazji trochę obejrzałam Regensburg, oczywiście nie chodziłam godzinami bo wszędzie tata podjeżdżał autem :) Trochę pospacerowałam po starówce i przed samą wizytą zjedliśmy po pysznym ciachu naprzeciwko katedry. Na kontroli wszystko było ok, na usg widziałam, że żyły są zmniejszone, lekarz usunął mi tylko jedną z żył, która właśnie dochodziła do guli. Opatrunek został zdjęty, po 5 dniach mogę odkleić plaster, 10 dni muszę nosić uciskową rajstopę, przez 3 tygodnie muszę unikać kąpieli w wannie i wodach termalnych oraz unikać sauny. Mam chłodzić żelem lub takimi chłodzącymi opatrunkami, w razie czego brać tabletki przeciwbólowe, dawać nogi do góry. Noga muszę powiedzieć wyglądała najpierw nieciekawie, widoczne były siniaki wzdłuż żyły, która była operowana ale z dnia na dzień wyglądało to coraz lepiej. Uczucie ciągnięcia zniknęło w ciągu kilku dni. W marcu czeka mnie operacja prawej nogi, mam nadzieję, że pójdzie równie łatwo.

Dzisiaj długi weekend a więc trochę czasu na eksperymenty w kuchni. Już jakiś czas chodzi za mną chlebek zmieniający życie, o którym czytałam już conieco w Internecie ale jakoś nigdy nie było czasu się za to zabrać …. Dzisiaj, po powrocie z meczu synka, postanowiłam spróbować. Wyszukałam w Internecie przepis i trafiłam na taki 
http://sprawdzonakuchnia.pl/chleb-zmieniajacy-zycie/
, sprawdziłam czy mam wszystkie składniki i zabrałam się do roboty, bo chlebek robi się w sumie bardzo szybko – wystarczy tylko wymieszać składniki i zalać je wodą aż wszystko zostanie wchłonięte (minimum 2 godziny).

Podaję użyte składniki:

  • 1 szklanka nasion słonecznika
  • 1 i ½ szklanki płatków owsianych (użyłam część owsianych i część lnianych)
  • ½ szklanki orzechów laskowych (dałam niezmielone migdały)
  • 10 – 12 kopiastych łyżek mielonego siemienia lnianego
  • ¾ szklanki całego siemienia lnianego
  • 320 ml letniej wody
  • 1 łyżka miodu lub syropu z agawy
  • 2 łyżeczki soli
  • 3 łyżki oleju roślinnego – kokosowy, olej słonecznikowy… (ja dałam z orzechów laskowych)

Dodatkowo dałam trochę ziarna sorgo zmielonego.

INSTRUKCJE
  1. Odmierzyć wszystkie składniki, umieścić w misce, zalać wodą z olejem i miodem, wymieszać i odstawić na przynajmniej 2 godziny lub dłużej, nasiona w tym czasie zmiękną i wchłoną płyn
  2. Piekarnik rozgrzać do temperatury 175 – 180 st C
  3. Foremkę keksówkę wyłożyć papierem do pieczenia, przełożyć do niej ciasto, ciasto należy dobrze ugnieść tak, aby nie było pustych przestrzeni, wyrównać powierzchnię chleba
  4. Formę z ciastem wstawić do nagrzanego piekarnika, chleb pieczemy 50 – 60 minut
  5. Po upieczeniu wyjąć formę z piekarnika, przestudzić – około 1 godzinę, po tym czasie delikatnie wyjąć chleb z formy chwytając za papier, przenieść na kratkę i całkowicie przestudzić, chleb przed krojeniem powinien być zupełnie zimny, najlepiej kroić go po minimum 5 godzinach studzenia
  6. Chleb kroimy bardzo ostrym nożem!
  7. Smacznego!

Jutro spróbuję upiec, zobaczymy co z tego wyjdzie:)


  • RSS