mamawniemczech blog

Na moim blogu opisuję codzienne życie mamy w Niemczech. Jestem dumną mamą chłopca i dziewczynki. Serdecznie zapraszam na mojego bloga! Komentarze mile widziane!

Wpisy z okresu: 5.2013

Po krótkiej przerwie w pisaniu bloga, wracam ponownie :) Zabiegana byłam ostatnio mimo, że zaczął się pierwszy tydzień ferii u nas i teoretycznie mam wolne od biegania do przedszkola i pilnowania Tageskind, wcale przez to mniej stresów nie ma :) Zacznę od tego, że mąż dowiedział się, że na początku czerwca musi na trzy tygodnie lecieć służbowo do Indii. I zaczęło się … paszport nieważny a bez niego ani rusz! Nie wyrabiał nowego bo jeżdżąc po Unii nie bardzo ma to sens :P Ale do Indii nie dość, że paszport to i wiza potrzebna. Więc pierwszym krokiem był fotograf, później ratusz i składanie wniosku o paszport. Okazało się, że potrzebny nasz Stammbuch, stary paszport i poświadczenie, że posiada się także polskie obywatelstwo bo od teraz jest to wszędzie odnotowywane. Wszystko znaleźliśmy ale stary paszport jak zniknął tak do dziś go nie znaleźliśmy :P Mąż zawiózł papiery do ratusza krótko przed 12 bo już zamykali. Opłata za nowy paszport (z odciskiem papilarnym) to wydatek 60 euro. Z racji, że do wyjazdu daleko nie ma a na paszport czeka się normalnie 4-6 tygodni, dodatkowa opłata za wyrobienie paszportu ekspresem to 30 euro. Na szczęście tą różnicę nam zwrócą, chyba z racji tego, że to wyjazd służbowy ale pewna nie jestem. Potem dalej szczepienia, które trzeba sobie samemu wykupić w aptece (3 szczepienia na żółtaczkę typu A i B w odstępie tygodnia i chyba jeszcze jedno) a następnie przyjść z nimi do lekarza. Problem polega na tym, że receptę dostaje się na każdą szczepionkę osobno a nie na komplet trzech, które potem można u lekarza przechować :/ Tutaj też było stresowo bo nasza lekarka na urlopie, więc mąż pojechał do lekarza sportowego u nas w miejscowości ale co? Oczywiście do końca tego tygodnia ma urlop więc trzeba szukać innego lekarza, który ma wolne i jeszcze zrobi szczepionkę. Znalazłam takiego również w naszej miejscowości ale trzeba być już o 16:30 bo do 17:00 przychodnia otwarta a potem …. lekarze na urlopie :) Szczepionka musi być dziś zrobiona, powinna w sumie już wczoraj bo minął równo tydzień ale dzisiejszą datę mąż miał wpisaną w karcie szczepień. Bałam się czy mąż da radę tak szybko wyjść z pracy bo ostatnie dwa dni wracał do domu koło 22:00 :/ Ale udało się :) Co do kosztów za szczepionki, dostaliśmy od naszej kasy chorych formularz, który ma wypisać lekarz i wraz z oryginałami recept mamy je odesłać i dostaniemy zwrot kosztów. Wczoraj mąż odebrał paszport i w pracy dostał wniosek o wydanie wizy (koszty wizy pokrywa pracodawca). Ufff … Jeszcze tylko wymiana waluty (niestety w Sparkassie gdzie kurs jest bardzo niekorzystny a czegoś takiego jak kantor próżno w Niemczech szukać:P), jakieś zakupy na wyjazd typu torba, odpowiednie ubrania, kremy na słońce itp. Niestety podczas nieobecności męża mam co niedzielę mecze drużynowe tenisa :/ Udało mi się „zorganizować” teściów na weekend 15-16 czerwca żeby przyjechali i uważali na dzieci a ja w tym czasie mogę jechać na mecz. Później wpadną moi rodzice może na 2 tygodnie, to jak akurat będę brała udział w meczach, to znów skorzystam :)

Z racji, że są ferie mam dwa tygodnie dzieciaki non stop na głowie – przedszkole zamknięte, nie ma treningu tenisa ani piłki nożnej. Jest ciężko :P

Wczoraj znów kontrola w Centrum Zdrowia Dziecka w Monachium – tym razem oboje dzieci badano, Fikaczka po raz pierwszy. Jako pierwszą mieliśmy rozmowę z psychologiem. Z racji, że Fiki nie był wcześniej jej pacjentem, wypytywała o wszystko: przebieg ciąży, rozwój dziecka itp. Później na 20 minut mały został sam z psycholog, później na kontrolne badanie weszła Tusia. Psycholog opisała nam później wyniki testów. U Fikaczka zauważyła, że na początku był skoncentrowany na zadaniach ale ta koncentracja malała gdy wykonywał podobne do siebie polecenia. Psycholog stwierdziła również, że być może mały ma problem z przyswojeniem informacji zawartych w danym poleceniu, jeśli jest tam kilka rzeczy, może być to dla niego zbyt dużo i zadając pytania (które mnie denerwują :P) dotyczące polecenia, chce się upewnić czy dobrze rozumie. Dodatkowo zaleciła specjalistyczne badanie słuchu, gdyż zauważyliśmy, że mały czasami głośno mówi. Specjalistka uważała, że być może jest to też jeden z możliwych powodów „nierozumienia” poleceń. Przedstawiliśmy psycholog także sytuację z przedszkolem – mianowicie mały od jakiegoś czasu niechętnie chce chodzić a jest to związane z tym, że inne dzieci wybadały, że Fikaczek daje ze sobą wszystko zrobić (syndrom ofiary) – ucieka i dzieci go gonią i biorą za jeńca, czy biją się miękkimi poduszkami i któryś z kolegów nie mając wyczucia uderzy za mocno. Mały nie chce się skarżyć opiekunce, tylko mi wszystko opowiada gdy go odbieram po południu. Dodatkowo panie opiekunki stwierdziły, że grupa, do której mały chodzi, jest dla niego za duża (25-30 dzieci). W tym wypadku psycholog potwierdziła, że zapisanie go do specjalistycznego przedszkola, w którym Fiki i Tusia mają już zapewnione miejsca, jest słusznym krokiem, bo tylko tam, w małej grupie (8 dzieci), opiekunki będą w stanie mu poświęcić potrzebne mu uwagę i czas. W lutym musimy z nim przyjść jeszcze raz, aby sprawdzić czy zapisanie go do nowego przedszkola da jakieś widoczne efekty (będzie już tam chodził pół roku). Jeśli chodzi o Tusię to pani psycholog zobaczyła spore postępy, mała jest bardzo zdolna manualnie, umiała sobie nawet poradzić z dość trudnymi układankami – miała w odpowiednie miejsca włożyć płaskie kółka z dość „skomplikowanymi” wzorami, psycholog mówiła, że sprawdzała czy dobrze dopasowała :) Później oboje mieli wizytę u Dr Vojty – neurologa. Mówił do Iwa różne zdania, które mały musiał dokończyć, np „Ogień jest gorący a lód jest … ?”, „Co się robi z krzesłem?”, „Co się robi z domem?”. Mały dość dobrze odpowiadał, aż byłam zaskoczona. Kolory również wszystkie bezbłędnie rozpoznał :) Potem było ważenie, mierzenie, stawanie na jednej nodze, skakanie na jednej nodze, wyciąganie rąk, zamykanie oczu i mówienie koło którego ucha usłyszy się dźwięk. Lekarz stwierdził także u Fikaczka lekkie osłabienie wiązadeł, to samo co ma Tusia ale nie jest to żadna choroba. Najważniejszą informacją jaką wywieźliśmy z Monachium było to, że nocne „ataki strachu” (tzw. Schreckattak po niemiecku) Tusi gdy budzi się i jest jak w pół śnie i płacze, nie daje się uspokoić, nie są niczym niepokojącym. Po prostu jest to odreagowanie mózgu, które często występuje u dzieci mających silną wolę :P Gdy dziecko chce postawić na swoim i czuje się bezsilne, w końcu dochodzi do sytuacji, gdy nie „ma już wyjścia” i nie wie co ma robić. Wówczas włącza się mechanizm obronny. Psycholog radziła ją po prostu wtedy zostawić gdy nie daje się uspokoić. Jest to trudne ale z czasem minie. Dodatkowo otrzymaliśmy już kolejne potwierdzenie w sprawie rozmawiania po niemiecku z Fikaczkiem. Mimo iż ma on pewne braki w słownictwie, rozmawiając z nim więcej po niemiecku nie sprawimy, że stan ten się polepszy. Nadal kazano nam z nim tylko i wyłącznie rozmawiać po polsku. Zobaczymy co przyniesie specjalistyczne badanie słuchu, na które już być może za miesiąc dostaniemy termin. Psycholog zleciła je choć mówiliśmy, że w październiku byliśmy u laryngologa, który sprawdził u obydwojga słuch i było wszystko w porządku. Mówiła, że jeśli nie był to specjalista mogący badać dzieci, to wiele takie badanie nam nie pomoże. Prawdopodobnie również na tym terminie Fiki będzie miał robione EEG. Zobaczymy co się okaże.

Witam po dłuższej przerwie spowodowanej wizytą w Polsce :) Spędziliśmy mega długi „weekend” (w sumie 11 dni) na ślubie (dwa dni) i komunii (3 dni) i odwiedzinach u rodziny. Raz udało nam się pójść do kina (film „Panaceum”) i pojechać na porządne zakupy w Selgrosie. W przeddzień wyjazdu do Niemiec zabraliśmy dzieci do Wilkowic,  do parku przygód i atrakcji, parku linowego i parkowego zwierzyńca. Oba obiekty znajdują się koło restauracji „Pod Platanami” i sali zabaw „Alele”. Polecam serdecznie! Dzieci miały pełno frajdy. Zainteresowani mogą kliknąć tutaj po więcej szczegółów.  My z racji, że była piękna pogoda, nie odwiedzaliśmy sali zabaw, tylko kupiliśmy bilety wstępu do Parku Przygód i Zabaw oraz dodatkowo bilet dla Fikaczka na park linowy. W cenie biletu do Parku Przygód i Zabaw zawierało się: korzystanie z ogromnej trampoliny (niestety tylko dzieci), huśtawek, różnych domków, zjeżdżalni. Dzieci mogły też z bliska poznać zwierzęta: daniele, jelenie, muflony, osła, lamę, kozy, owce, gęsi, skunksa, susła, parę żółwi, przeróżne gatunki ptaków, króliczki, świnki morskie. Niektóre z nich można było głaskać i karmić. Spędziliśmy tam miło około 3 godzinek. Niestety na dłużej nie mieliśmy czasu, trzeba było się jeszcze spakować i odwiedzić prababcię maluchów, wyszła ze szpitala i słaba siedziała w domu. Na wyjazd pogoda się popsuła i wracaliśmy w deszczu do domu. Po powrocie od razu zaczęły gonić nas terminy – dzisiaj grałam w debla w meczu drużynowym (wygrana 6:2, 6:3 :P) a jutro kontrolna wizyta z Tusią w Monachium. Fikaczek też ma swój debiut  - potrzebujemy do przedszkola diagnostyki rozwoju. Po powrocie skrzynka pocztowa pękała w szwach. W jednym z listów nasze miasto napisało, że w przedszkolu Fikaczka, do którego na początku zgłosiłam Tusię, jest w tym roku tak dużo zapisów, że mała nie dostałaby tam miejsca i proponują mi miejsce w przedszkolu znacznie oddalonym od nas, więc widzę, że decyzja o zapisaniu jej do specjalistycznego przedszkola, nie była zła. Jak to się mówi, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło :) Aha i podczas naszej nieobecności w ogródku wszystko „strzeliło” w górę – bez uginał się od kwiatów, jeden nawet się przechylił, na drzewach pełno już kwiatów i zalążków owoców (wiśnia). Jedynie moja biedna pigwa jakoś nie bardzo chce „ruszyć” :/


  • RSS