mamawniemczech blog

Na moim blogu opisuję codzienne życie mamy w Niemczech. Jestem dumną mamą chłopca i dziewczynki. Serdecznie zapraszam na mojego bloga! Komentarze mile widziane!

Wpisy z okresu: 8.2013

Wczoraj z rodzicami i dzieciakami pojechalismy na wycieczke do parku z ptakami i innymi zwierzatkami w Abensberg. Najwieksza atrakcja parku byl pokaz ptakow drapieznych – orla, sepa, sokola. Fikaczek byl juz w tym parku z wycieczka z przedszkola i bardzo mu sie tam podobalo, tak bardzo, ze z wrazenia zapomnial zrobic zdjecia swoim aparatem Fisher Price :P Postanowilismy pojechac z nim jeszcze raz, naprawde bylo warto. Park okazal sie wspanialym miejscem dla dzieci – przy wejsciu znajdowal sie maly plac zabaw, restauracja gdzie mozna bylo sie posilic po zwiedzaniu, kiosk z lodami i maly sklepik z pamiatkami :) Do zwiedzania bylo takze sporo – przerozne ptaki egozotyczne i drapiezne, sowy, kucyki, skunks, osiolki i wiele innych zwierzatek … W parku bylismy prawie 3 godziny! O 15:00 odbylo sie show z drapieznymi ptakami. Drapiezniki lataly nad glowami widowni lapiac nagrody. Na znak opiekuna lataly na pobliskie drzewa i na sygnal powracaly na przygotowane dla nich miejsce kolo widowni. Ptaki mozna bylo obserwwac z bardzo bliska, gdy siedzialy na reku opiekuna. Fikaczek mowil, ze gdy byl z przedszkolem, to mozna bylo poglaskac sowe, tym razem jednak nie byla ona w programie show, szkoda, moze tylko dla dzieci byla wyciagana z klatki :)

Po show poszlismy posilic sie jablecznikiem i ruszylismy na chwile do centrum Abensberg i zatrzymalismy sie pod wieza prywatnego browaru Kuchlbauer. Budynek prezentuje sie bardzo ciekawie pod wzgledem architektonicznym. Nad planami budowy wiezy pracowali architekci Friedensreich Hundertwasser, Peter Pelikan i Leonhard Salleck (wlasciciel prywatnego browaru Kuchlbauer). Wieza zostala zbudwana w 2010 roku, mierzy 34,19 m, kopula wiezy ma srednice 10 m i wazy 12 ton. Poczatkowo wieza miala mierzyc 70 m ale sprzeciwil sie temu pomyslowi konserwator zabytkow, sprawa ta nawet miala swoj final w sadzie.

 

Dla zainteresowanych link:
http://regiowiki.pnp.de/index.php/Kuchlbauer-Turm_(Abensberg)

U stop wiezy znajdowal sie ogrodek piwny, w ktorym mozna bylo takze kupic piwo z browaru – szesciopak z roznymi gatunkami piwa. Tata zaopatrzyl sie w jedno na pamiatke. Jadac do domu widzielismy po drodze przygotowania do zaczynajacego sie 29 sierpnia festynu piwnego Gillamoos. Na pewno sie wybierzemy do Abensberg jeszcze raz :)

 

Wczoraj na dwa tygodnie przyjechali do nas moi rodzice w odwiedziny. Dzieciaki sie juz doczekac nie mogly – czytanie „Franklinw”, spanie z babcia, jezdzenie nad wode i wycieczki … Przyda sie ta wizyta bo na dwa dni maz musi w delegacje a reszte tygodnia spedzi u klienta, pozatym w czwartek sie dowiedzialam, ze prawdopodbnie z pilnwania Tageskind na pelen etat tez nic chyba nie wyjdzie, jak juz to tylko na 4 godziny w piatki. Mama maluszka szuka pracy poza nasza miejscowoscia i tam znalazla inna Tagesmutter, ta z kolei moze malego wziac od poniedzialku do czwartku i tu ja bym byla pomocna. Zawsze to cos i godzina fajna (maly by byl o 12-13 odebrany juz) ale z tego co ostatnio mi Caritas wyslal, trzeba zadeklarowac minimum 5,5 godziny tygodniowo i to jesli chodzi o dziecko w zlobku, przedszklu, szkole lub swietlicy, co by w tym wypadku nie mialo miejsca. Skontaktowalam sie w tej sprawie z caritasem i czekam na odpowiedz. Troche bylam rozczarowana decyzja mamy, bo ponad dwa tygdnie trzymala w domu moja Infomape z wszelkimi infrmacjami o tym jak prowadze opieke i dopiero po moim telefonie do niej, pani sie tego samego dnia zjawila u mnie wlasnie z wiadomoscia  wybraniu przez nia innej Tagesmutter. Szkoda, bo mieszka bardzo blisko mnie … Mam nadzieje, ze we wrzesniu dostane jakies inne dzieci pod opieke.

Mieszkając na Bawarii nie można nie spróbować tutejszej obatzdy czyli pasty serowej, którą podaje się zazwyczaj do brezli. Ja z takim domowym przysmakiem pierwszy raz zetknęłam się na ślubie kolegi męża z pracy i od tego momentu zakochałam się w nim. Długi czas kupowałam obatzdę w EDECE bo tylko tamta była w miarę zbliżona do oryginału. Niestety pudełeczko ma jedynie 125 g i kosztuje prawie dwa euro :/ Długo się zbierałam do zrobienia tego domowego specjału, w końcu przepisów na tą przystawkę znalazłam nie mało. Dzisiaj jednak na polskiej stronie znalazłam taki oto przepis:

350 g sera camembert

175 g serka wiejskiego

6 łyżeczek masła

sól, pieprz

½ łyżki mielonego kminku

½ łyżki słodkiej papryki mielonej

2 cebule

3 łyżki piwa

 

Camembert wymieszać z serkiem na jednolita masę. Do masy serowej dodać masło i przyprawy, wymieszać. Pokroić cebulę na drobne kawałki. Dodać do przyprawionej masy serowej. Na koniec dodać piwo, wymieszać/zmiksować.

źródło:http://powrotnik.eu/index.php/obatzda-smacznego/

moja obatzda już gotowa i stoi w lodówce przez noc bo wyczytałem gdzieś, że przynajmniej trzy godziny obatzda musi się schłodzić. Przepis ciut zmodyfikowałam bo dodałam nieco śmietanki a camemberta 45% użyłam ok 145 g.

Jak pisałam we wczorajszej notce, podaję obiecany przepis na rzymskie moretum – ser z ziołami.  Nazwa „moretum” pochodzi od „mortarium” czyli z łaciny „moździerz”. Rzymianie w moździerzach ucierali ser i stopniowo dodawali resztę składników.

składniki:

- 500 g sera ricotta (można użyć tez fety, świeżego białego sera lub pecorino)

- 30 g czosnku

- 50 g oliwy z oliwek

- 30 g octu balsamicznego

- szczpyta soli

- liście selera

- liście kolendry

- bazylia

Czosnek i zioła miksujemy aż powstanie masa. Dodać pozostałe składniki i odprawiać do smaku. Nadaje się jako pasta do kanapek i jak i do surowych warzyw.

smacznego!

 

jutro wyprobuję przepis.

Dziś odwiedziliśmy  położone niedaleko nas Eining, w którym co roku organizowane są dni rzymskie. Na terenie pozostałości po obozowisku rzymskim, kartelu Abusina, odtwarzanie jest życie codziennie z tamtych czasów. Cała impreza trwa trzy dni. W tym roku w programie było:

- walki gladiatorów,

- przemarsz legionistów III Ital. C

- rekonstrukcja i test rzymskich broni strzelniczych

- seminaria archeologiczne, archeologia do poznania przez wszystkie zmysły

- trening koni

- wizyta u osiołków

- antyczna medycyna naturalna

- wykład o Germanach i ich wierzeniach

- celtyckie bajki

- moda rzymska

- kuchnia rzymska, z możliwością skosztowania potraw z tamtych czasów, m.in. Moretum, karmelizowanych winogron, chleba podobnego do podplomyka, wina . Próbowałam – interesujące, moje serce podbiło moretum:)

- produkcja rzymskich lamp oliwnych – możliwość poznania technik produkcji oraz zakup

- produkcja szklanych pereł

- dla dzieci : możliwość stworzenia własnej mozaiki, stworzenie maski z gliny, założenie stroju rzymskiego wojownika i przejechanie się na koniu, strzelanie z łuku.

- prezentacja rzymskiej kuźni

- fajerwerki

- repliki bizuterii

- pawilon z prezentacją rzymskiego szkła

 

ufff … Chyba wszystko wymienłam. My pojechaliśmy w ostatni dzień, koło 12:00 byliśmy już w rzymskiej Abusinie. Kupiliśmy  bilety ( po 8€ od dorosłego) i każdy z nas dostał pieczątkę na rękę aby móc bez problemu wyjść z obiektu do auta na parkingu na przeciwko i wrócić dalej zwiedzać. O 12:30 pierwsza atrakcja – wymarsz legionistów i prezentacja ich rynsztunku. Dopiero o 14:30 według planu odbywały się walki gladiatorów, które się Fikaczkowi bardzo podobały. W międzyczasie kupiliśmy mu miecz i tarczę z drewna, z którą następnie pozował w stroju rzymskiego żołnierza na koniu. Wcześniej też za drobną opłatą mógł spróbować strzelania z łuku. Na sam koniec coś dla mnie – prezentacja potraw z kuchni rzymskiej z możliwością spróbowania przeróżnych przepisów. Jak pisałam wyżej moje serce podbiło Mortum – coś w stylu białego seraka dobrze przyprawionego czosnkiem i przeróżnymi ziolami. W wolnej chwili koniecznie wstawię przepis. Kucharz, który wyglaszał referat mówił także o upodobaniach kulinarnych Rzymianie – co mieli do dyspozycji w kuchni, co lubili, czego nie. Dowiedziałam się, ze nie pili piwa i mleka bo uważali to za napój Germanow i barbarzyńców, tylko piany używali do oczyszczania twarzy. Jeśli chodzi o wino, zawsze pili je rozcieńczone. Śniadania Rzymianie były raczej dość skromne – odrobina czegoś podobnego do podpłomyka i wino (słodkie, z pieprzem, próbowałam). Obiady były raczej zimną płytą, w Rzymie kuchnia nie była na standardowym wyposażeniu, głównie z powodu obawy przed pożarem. Jeśli chodziło o mięso, Rzymianie byli raczej wegeterianinami, powodem był problem z przechowywaniem, chciano raczej unikać zatruć, zwłaszcza w legionach rzymskich ;) Kucharz dał nam do powąchania pewien specyfik – było to coś w rodzaju ciemnego sosu, który obecnie można często spotkać w kuchni azjatyckiej, o charakterystycznym zapachu. Powstawał on z ….. ryb! Rzymianie brali kilka małych ryb ( makreli, sport itp.), zasypywali je w soli i przez tydzień były one wystawiane na słońce. Po tym czasie wytwarzał się z nich specyficzny  sos, który był następnie odpowiednio przyprawiany. Specyfik ten był często używany w kuchni rzymskiej, oczywiście z umiarem :) wszystko co kucharz nam zaproponował do skosztowania było ciekawe w smaku. Chyba zacznę poszukiwać antycznych przepisów i spróbuję sama coś wyczarować. Po lekkim wzmocnieniu się pojechaliśmy koło 16:00 do domu, było strasznie gorąco a Tusia dała nam trochę popalić, więc nie chcieliśmy żeby problem eskalował. Dzieci chyba były zadowolone :) w przyszłym roku może znów się wybierzemy :)

wczoraj pojechałam na kolejny jednodniowy turniej tenisowy, tym razem zorganizowany w miejscowości Schweitenkirchen. Był to mój trzeci występ w takiej imprezie. Jak dotąd była to jedyna dla mnie możliwość zagrania z kimś a dodatkowo zdobycia punktów. Pierwszy mecz miałam zaplanowany na 12:00. Na miejscu, po uiszczeniu wpisowego (25€), dowiedziałam się kto będzie moją przeciwniczką. W turniejach tego typu, gra się zawsze dwa mecze – jeden z lepsza i jeden ze słabszą zawodniczką. Tym razem pierwszy mecz miałam z „miejscową”, która jak się pózniej okazało miała wyższą klasę ode mnie (15, ja mam obecnie 16). Nazywała się Vera Müller. Udało mi się wygrać z nią 6:2, 6:4. O 13:30 było już po meczu i do kolejnego, wyznaczonego na 15:00 miałam sporo czasu, mogłam się spokojnie wykąpać i coś zjeść w barku. Od organizatora turnieju dostałam kupon na 2,50€ i za niego kupiłam sobie bułkę z serem i banana. Pózniej skusiłam  się na kawałek ciasta ze śliwkami. Na kort weszłam pół godziny wcześniej, gdyż zwolnił się kort. Tym razem grałam z przeciwniczką z klasą 20, mamą jednej z uczestniczek, panią Martiną Steinberger z drużyny Damen 40 z Pfaffenhofen. Bardzo sympatycznie mi się z nią rozmawiało, tak dobrze, że podczas przerwy organizator wołał:”time!”;). Udało mi się wygrać 6:3, 6:0 i po raz pierwszy wygrałam oba mecze:) z tej okazji mogłam sobie wybrać prezent – do wyboru, z pudła z fantami. Wybrałam sobie saszetke z calvin klein, w której był loton „gucci” i różowa apaszka. Atmosfera była tam bardzo przyjazna i chętnie wybiorę się na kolejny taki turniej, który we wrześniu odbędzie się w Dachau, może znów będę miała szczęście.

Dzisiaj w końcu zabralam się za zrobienie domowej plasteline gdyż schodzi ona u nas kilogramami :) przepis ten dostałam dobry rok temu na jednym ze szkoleń, w których muszę brać udział 15 godzin w roku z racji wykonywanego przeze mnie zawodu Tagesmutter. Jakoniebie musiałam się za to zabrać ale z racji, że są ferie i dzieciom się nudzi, w końcu się zabralam do roboty.

dla chętnych podaję przepis:

- 400 g mąki

- 200 g soli

- 3 duże łyżki oleju

- 1/2 litra wody (musi się gotować)

- 50 g alanu (z apteki)

 

- rozpuscic alan w gotujacej się wodzie i wymieszać z resztą składników. Plastelina na początku będzie bardzo miękka i po ostygnięciu zacznie być elastyczna.

- szczelnie zamknąć, będzie zachowywać swoje właściwości kilka tygodni.

- plastelinę można zafarbować naturalnymi farbnikami, np. sokiem z buraków, farbkami do jajek, wystarczy dodać wybrany kolor do gotującej się masy.

Ja swojej plastelimy nie farbowałam. Wyszło mi jej pudełko około 250 ml chyba.

zrobiłam dokładnie według przepisu ale moja plastelina leciał się do rąk. Doczytałam, że plastelinę po zamknięciu trzeba włożyć do lodówki. Jutro sprawdzę czy zdało to egzamin.

Witam ponownie po dłuższej przerwie spowodowanej kilkudniową wizytą rodzinki :) Do tego te upały …. :/ Na szczęście dziś dla odmiany deszcz :) ogródek mi się sam podleje i napełnią się zbiorniki na deszczówkę.

Dzisiaj rano mieliśmy wizytę mojego potencjalnego nowego Tageskind. Wczoraj miałam telefon z Caritasu bo pani znalazła dla mnie dziecko do opieki, którym miałabym się zajmować od grudnia-stycznia i to na pełny etat. Wreszcie mogę brać do siebie dzieci, którymi mogę się zajmować wiecej niż trzy godziny dziennie (póki Tusia nie skończyła trzech lat, nie mogłam tego robić). Okazało się, że chłopczyk mieszka niedaleko nas a więc idealnie dla rodziców maluszka. Pani przyszła się dziś ze mną spotkać i zapoznać a od grudnia zaplanowane jest przyzwyczajenie maluszka do nowego miejsca i opiekuna. Godziny pilnowania tez mi bardzo pasują- wcześnie rano i około 15:00 maluszek będzie odebrany. Będę mogła zając się wtedy Fikaczkiem i drugim Tageskind, które przychodzi do nas o 14:00. Zobaczymy jak to się wszystko ułoży. Może od kwietnia malec będzie miał kompana w swoim wieku bo koleżanka jego mamy też szuka opiekunki do dziecka. Oby tak bo akurat szukalabym dwójki dzieci do pilnowania na cały etat.


  • RSS