mamawniemczech blog

Na moim blogu opisuję codzienne życie mamy w Niemczech. Jestem dumną mamą chłopca i dziewczynki. Serdecznie zapraszam na mojego bloga! Komentarze mile widziane!

Wpisy z okresu: 10.2013

Dzisiaj juz Halloween – moj synek czeka na nie z utesknieniem :) Najbardziej lubi gdy wykonuje dla niego lampiony z dyni i robie smakolyki :) Jedna z pierwszych dyn pochwalilam sie w innym poscie ale teraz pokaze Wam trzy, ktore do teraz wykonalam ale cale dlubanie jeszcze przede mna :P Przed domem czekaja 3 duze egzemplarze :P

Malutka dynia-lampion pojedzie jutro z Fikaczkiem do przedszkola a do niej dolaczylam mu 10 ciasteczek „Paluchy wiedzmy”. Przepis znalazlam na www.tipy.pl

 

 

 

Wczoraj przezylam chwile grozy po odebraniu telefonu z przedszkola Tusi ale po kolei … Na 09:30 bylam umowiona w przedszkolu Fikaczka na rozmowe z logopeda (w czwartek bylo zebranie rodzicow i nie moglismy byc bo maz byl w delegacji). Dowiedzialam sie, ze maly chetnie chodzi na terapie, stara sie koncentrowac, brakuje mu niestety slownictwa ale czego nie umie nazwac, probuje pani opisac. Musimy z nim duzo cwiczyc nowych slowek ale co wazne zaczynajac kazde zadanie, gdzie sa rozne przedmioty, musimy zaczac od pogrupowania ich. Po wizycie u logopedy pojechalam na zakupy (korzystajac, ze mam auto:P) i rozejrzec sie w sklepach budowlanych za cenami paneli bo chcemy polozyc na gorze – na pewno w pokojach dzieci i w sypialni. Wlasnie bylam na koncu miasta w jeszcze jednym sklepie gdy zadzwonila komorka – odbieram – pani z przedszkola mowi, ze musze po Leti przyjechac bo mala sie uskarzala na bole i ma krew w pampersie. Lekko zrobilo mi sie slabo na ta wiadomosc ale slucham dalej co sie stalo. Otoz podczas przewijania o 11:00 pani posadzila Tusie na nocnik i ona sie niespokojnie zachowywala, pani patrzy a tu krew na pampersie a w nim dodatkowo jakas plastikowa ulamana czesc z jakiejs zabawki, ktora poranila mala w pupcie. Jak wpadlam do sali po mala, nie bylo az tragicznie jak to sobie wyobrazalam – mala byla spokojna i zadowolona. Opiekunka zaaplikowala jej masc i radzila sie wybrac do lekarza zeby stwierdzil czy to cos powaznego. Pojechalam wiec szybko do naszego pediatry, ktory w tym samym miescie przyjmuje. Niestety ja przyjechalam krotko po 14:00 a on jak na zlosc we wtorki przyjmuje od 15:00 ale mysle sobie nic, sprobuje podjechac na gore, moze bede miala szczescie i … faktycznie – otworzyl mi nawet sam lekarz, akurat wychodzil ale, ze to byl nagly wypadek, bez problemu szybko sie mala zajeli. Okazalo sie, ze skonczylo sie tylko na strachu. Lekarz zapisal malej masc lecznicza, ktora przyspiesza gojenie i powiedzial, ze moze isc do przedszkola a w czwartek na basen (mala miala isc w poniedzialek ale przesuneli).

Dzisiaj w naszej miejskiej bibiliotece odbywala sie akcja „Miejsce spotkania: biblioteka” i o 15:00 odbywala sie godzina czytania dla najmlodszych. Z tej okazji przyjechal autor ksiazki o Krokofilu – pan Armin Pongs i czytal dzieciom rozdzial swojej nowej ksiazki. Dzieci musialy cichutko sluchac a po skonczonej lekturze pan zadawal im pytania – jakie obrazy utkwily im w glowie po wysluchaniu fragmentu ksiazki. Uczyl je, ze czytanie wzbogaca i na koniec kazdemu dziecku, ktore uscisnelo mu reke i przyrzeklo wiecej czytac niz ogladac telewizje, podarowal „ksiezycowy kamien”. Nasz Fiki sluchal grzecznie, podszedl i zlozyl obietnice i wybral sobie kamyczek. Tusia niestety na samym poczatku zastrajkowala i trzeba bylo ja wyprosic chwilowo poza biblioteke :P Potem sie uspokoila i z mezem buszowala miedzy regalami z ksiazkami.

Dzisiaj o 10:00 mialam indywidualna rozmowe z jedna z pan przedszkolanek oraz dwoma terapeutkami na temat tego jak Tusia czuje sie w przedszkolu, jak sie odnajduje w grupie, co chetnie robi i tym podobne. Do przedszkola dojechalam z malym zapasem czasu, gdyz zazwyczaj mam problem z zaparkowaniem pod placowka, nastepnie nigdy nie jestem pewna czy szybko i bez problemu znajde sale :) Przedszkole miesci sie w duzym budynku, w ktorym znajduje sie przedszkole z podzialem na wiele grup, szkola i swietlica. Udalo mi sie sprawnie odszukac sale Tusi, na szczescie jest bardzo blisko jednego z glownych wejsc :P Poprosilam o wywolanie pani, bo nie chcialam wchodzic do sali, zeby mnie mala nie zobaczyla. Pani Gertrud – bardzo sympatyczna pani – zaprowadzila mnie na 2 pietro do pokoju jednej z terapeutek, ktora ma zajecia z Tusia. Do rozmowy dolaczyla takze inna terapeutka. Niestety z racji, ze w nocy mnie Tusia obudzila i wstawac trzeba bylo na 06:00 zeby wyprawic dzieciaki busikiem do przedszkola, bylam nieprzytomna i nie zarejestrowalam jakie to byly terapeutki, chyba jedna byla ergoterapeutka a druga heilpedagogin (logopedy na pewno z nami nie bylo:P). Wszystkie panie bardzo sympatyczne, opowiadaly mi co Tusia robi na zajeciach w grupie i indywidualnych. Przede wszystkim mowi po niemiecku, zna na pamiec wszystkie dzieci w grupie z imienia, chce decydowac co bedzie robione w danym momencie i nie chce zbytnio brac udzialu w tzw „Morgenkreis” czyli dzieci siedza w kolko i na powitanie jest piosenka, opowiadanie co dzieci robily, co dzis bedzie robione itp. Tusia nie za bardzo trzyma kontakt wzrokowy i duzo patrzy w podloge ale pani znalazla na nia sposob – za kazdym razem jak na nia popatrzy Tusia, pani jej pokazuje kciuka do gory jako nagrode i Tusia to zaczela takze nasladowac :)

Mala bardzo chetnie obserwuje inne dzieci podczas zabawy, bawi sie kolo nich, lubi tez dla przekory jednemu starszemu chlopcow zepsuc wieze z klockow i szelmowsko sie przy tym usmiechnac :D

Podczas zabaw na dworze, Tusia jest wedlug pan bardziej „otwarta” – duzo sie smieje, probuje nawiazywac kontakt z dziecmi w grupie, np z jednym chlopczykiem stali na wiszacym mostku i sie smiali do siebie. Polecenia tez raczej rozumie – podczas hustania na wielkim kole panie powiedzialy zeby sie dzieci polozyly i patrzylu na chmury i to polecenie zostalo wykonane :)

Jedna z terapeutek opowiadala, ze Tusia byla u niej dwa razy. Za pierwszym razem bylo wszystko w porzadku, pani ja obserwowala, pozwala malej poznac pokoj i rzeczy wykorzystywane w terapii. Za drugim razem Tusia ukladala z nia puzzle. Ulozyla juz 3 a przy 4 probowala malej pomoc lekko korygujac trzymany przez nia kawalek i w tym momencie byl koniec wspolpracy ze strony panny Tusi :) Zaczela sie denerwowac, plakac ale po jakims czasie sie uspokoila i jakby nigdy nic poszla z pania z powrotem do swojej grupy. W ogole nie czula sie w jakis sposob przez pania pokarana a pani podczas tych zajec posadzila ja na specjalnym lozku, ktore jedzie do gory i podczas tej „przejazdzki” jak i do konca cwiczenia dziecko dla bezpieczenstwa jest zapiete pasami bezpieczenstwa.

Ddatkowo sie dowiedzialam, ze gdy pani innemu dziecku zadala jakies zadanie, Tusia siedzac z tylu wolala odpowiedz ale sama zapytana – tajemniczo myslala :P

Przekazalam paniom aby przekazaly dalej pani logopedzie zeby zalozyla Tusi zeszyt z cwiczeniami, ktore bedziemy mogli z mala w domu cwiczyc oraz notowala nad czym obecnie pracuje.

Po Nowym Roku spotkam sie z paniami ponownie, wiecej beda mogly mi o Tusi opowiedziec, jakie robi postepy oraz pomga mi w konkretnych sytuacjach postepwac z malym uparciuszkiem :)

Dzisiaj bylismy znow w Centrum Dziecka w Monachium – oba maluchy mialy dzis terminy u lekarzy – tym razem u logopedy i laryngologa (po niemiecku Hals-Nasen-Ohr, HNO). Dodatkowo obydwoje mieli badanie sluchu a Fikaczek dodatkowo jeszcze badanie EEG. Wczoraj wieczorem pozno wrocilam ze szkolenia Tagesmutter i zapomnialam meza poprosic zeby malemu wymyl glowe a trzeba to zrobic przed tym badaniem wiec rano o upiornej godzinie (po 06:00 rano) czekalo mnie mycie glowy naszemu pierworodnemu :/ Do Monachium musielismy ruszyc juz kolo 07:00 bo pierwsza wizyta byla zaplanowana na 08:30. Do Monachium jedzie sie niby godzine ale z doswiadczenia wiedzielismy juz, ze bardzo czesto w okolicy kliniki tworza sie juz korki a i sytuacja parkingowa pod klinika pzostawia wiele do zyczenia i troche rezerwy dobrze jest sobie zaplanowac. Zdazylismy z malym zapasem i czekalismy na spotkanie z pania logopeda. Pierwszy na ogien poszedl Fikaczek a do Tusi pol godziny pozniej przyszla inna pani logopeda. Fikaczek rozpoczal wizyte od 45 minutowego testu, ktory mial pomoc logopedzie ocenic co maly rozumie, z czym ma problem – krotkie czy dlugie zdania, przeszlosc czy terazniejszosc, przyimki i tak dalej … W tym czasie kiedy trwalo badanie, weszlismy z Tusia. Z racji, ze Tusia jest mlodsza, nie mozna u niej bylo wykonac takiego samego testu jak u Fikaczka. Niestety nie bylam przy badaniu bo musialam isc po Fikaczka, pozatym Tusia na dzien dobry pokazala jak umie sie boczyc bo nie chciala odlozyc na miejsce zabawek :P W kazdym razie pozniej sie dowiedzialam od pani, ze badanie odbylo sie raczej w formie zabawy i opinie otrzymamy poczta. Wyniki Fikaczka natomiast lekko mnie zalamaly bo okazalo sie, ze slownictwo i rozumienie u niego sa duzo ponizej jego wieku – mniej wiecej na pozimie 3 -3,5 latka. Pani mi powiedziala, ze oczywiscie to nie koniec swiata, ze gorzej by bylo gdyby przyszedl do nich w wieku 8 lat. Dodatkowo mowila, ze fakt, ze maly od wrzesnia chodzi do specjalistycznego przedszkola, w ktorym ma wiecej zajec logopedycznych i ergoterapie prawie w 100% sprawi, ze w momencie pojscia do szkoly, nie bedzie tych deficytow juz widac. Potwierdzila, ze ma problemy z koncentracja i zapamietywaniem, byl w stanie zapamietac na raz 2 cyfry. Rozumie jedynie krotkie zdania, ze zdaniami rozbudowanymi oraz z przyimkami ma ogromny problem :/ Zalecono mi koniecznie skontaktowac sie z logopeda, ktory malego obecnie prowadzi (powolac sie na centrum w Monachium) i poprosic o zalozenie zeszytu terapeutycznego, w ktorym widzialabym nad czym obecnie pracuje maly i co z nim moge cwiczyc w domu. Gdy skonczylo sie to badanie, czekal na nas pan laryngolog i kolejny wywiad lekarski – jaki przebieg ciazy, czy plamilam w ciazy, jak przebiegal porod, kiedy dziecko zaczelo mowic, czy dziecko choruje czesto, czy chrapie, czy bierze leki, czy cierpi na padaczke lub zapalenie opon mozgowych,w jakim jezyku z nim rozmawiamy w domu, gdzie ma stycznosc z jezykiem niemieckim, jakie terapie ma w przedszkolu i tak dalej (dwa formularze :P). W czasie gdy odpowiadalam na pytania, oboje byli przebadani – musieli tylko cicho siedziec i sprawdzano uszka – wysokosc decybeli tzn jak kazde ucho slyszy, czy sa jakies nieprawidlowosci w budwie ucha itp. U Iwa wszystko bylo w porzadku, u Tusi natomiast za trzy miesiace trzeba bedzie sprawdzic prawe uszko bo mialo badanie wykazalo nizsze wartosci. Lekarz mowil, ze prawdopodobnie zbiera jej sie tam wiecej woskowiny i to moze byc przyczyna. Pozniej czekalo nas badanie sluchu bardziej aktywne ze strony dzieciakow, odbywal sie ono w pokoju akustycznym. Z Fikim poszlam ja a z Tusia – maz. Fiki chetnie zalozyl sluchawki, sluchal pana doktora co ma robic. Pierwszym zadaniem bylo sluchac dzwiekow i wskazanie na kartce odpowiadajacy dzwiekowi obrazek. Obrazkow bylo w sumie chyba z 20 (2 arkusze) – budzik, lyzka, kon, osiol, jablko, drzewo, pilka itp. Fiki wypelnil zadanie bezblednie. Pozniej dostal zestaw kolorowych klockow i za kazdym razem, mial brac po jednym, trzymac przy uchu i jak uslyszy dzwiek, powiedziec, ze uslyszal i wlozyc klocek na stojaczek. Poczatkowo troche mu sie to mylilo ale za 3-4 razem zakapowal o co chodzi. Tu tez byly 2 zestawy – zestaw duzych i mniejszych klockow. Pod koniec zadania bylo widac, ze juz go to troche nudzi bo szybciej wkladal klocki niz slyszal muzyke (pan go mogl kontrolowac). Potem byla Tusia w kolejce – u niej trzeba bylo wykonac test troche inaczej – z ruszajacymi sie i podswietlonymi Kubusiem Puchatkiem i Ernim z „Ulicy Sezamkowej” w glosnikach. To jej sie oczywiscie spodobalo i chciala zeby pan jej to wlaczal. Odglosy tez slyszala i pan mowil, ze chciala chyba pokazac na obrazkach co uslyszala ale nie odwazyla sie. Pozniej szybciej niz planowano (mialo byc o 13:30) przyszli po Fikaczka na badanie EEG i po nim bylismy juz wolni :) Fiki podobno dzielnie zniosl badanie, tatus byl przy nim.

Jesli chodzi o zalecenia, to u Iwa musimy do niego mowic krotkimi zdaniami, utrzymywac kontakt wzrokowy, tlumaczac cos jak nalezy cos wykonac, musimy tez uzywac kontaktu wzrokowego, duzo go chwalic, powtarzac opis wykonywanej czynnosci. Podobnie mamy postepowac z Tusia np. gdy ona mowi „mleczko”, to powiedziec do niej np”O Leti jest glodna i chce sie napic mleczka,tak?”, „Zaraz pojdziemy razem zrobic mleczko i Letusia sie napije mleczka”. Jesli dziecko z kolei cos zle wymowi, to absolutnie nie mamy mu mowic, ze zle powiedzialo, tylko powtorzyc po dziecku prawidlowo.

Kolejne kontrole jak pisalam wczesniej za 3 miesiace – kontrola uszka u Tusi, za 9 miesiecy Fiki i Leti znow kontrola u neurologa Dr Vojty i pani psycholog Dr Boie. Zobaczymy czy indywidualne terapie w nowym przedszkolu zaczna przynosic w koncu oczekiwane efekty bo niestety pani logopeda dzis nie ukrywala, ze rok terapii w centrum wczesnego wspierania (tam Fiki byl skierowany juz w przedszkolu i odwiedzal logopede raz w tygodniu) byl zmarnowany…

Dzisiaj w plecaku Tusi znalazlam ulotki informujace o akcji zachecajacej rodzicow do tego aby przyproawdzac swoje pociechy 2 razy w roku do gabinetu dentystycznego. Tusia dostala „paszport”, w ktorym za kazda wizyte u dentysty dostanie stempelek i w nagrode naklejke :) Zebrane stempelki Tusia bedzie mogla przykleic na plakacie w przedszkolu, nastepnie placowka moze zglosic wszystkie stempleki i wziac udzial w losowaniu nagrod – rzeczowych i pienieznych. Musze znow zrobic termin obu pociechom, bo wiadomo, lepiej zapobiegac niz potem leczyc …. Ciekawe czy Tusia otworzy w ogole buzie bo poprzednio nie palala do tego checia :P

Do Halloween jeszcze troche czasu ale z racji, ze w sklepach zaczely sie juz pokazywac pierwsze dynie a ja mialam akurat samochod do dyspozycji, pomyslalam czemu juz nie kupic kilku dyn i powoli zaczac przygotowywac sie do tego „swieta”. Wczoraj Fikaczek namowil mnie na wydrapanie obrazka w jednej z malych dyn hokkaido, oto efekt:

 

Dla wytlumaczenia: jest to nawiedzony domek, obok ktorego rosnie stare drzewo, nad nim lata nietoperz i swieci ksiezyc, na ktorym widac dwa nietoperze. Z efektu tego obrazka jestem srednio zadowolona. W zamierzeniu mial on byc zastosowany na duzej dyni i to aby dynie naciac i zrobic z niej latarenke. Ale co tam, mam jeszcze 3 duze dynie, z ktrych na pewno cos stworze :P

Dzisiaj powstala tez sztuczna pajeczyna z waty :P Wate targa sie a nastepnie psika lakierem do wlosow. Oto efekt moich staran :

 

I z bliska:

 

Pewnie troche wprawy w tym trzeba miec :P

A wy co szykujecie na Halloween?

W nastepnych wpisac bede starala sie przedstawiac moje kolejne dziela oraz przepisy, ktore mam zamiar wykrzystac na halloweenowe przyjecie dla moich dzieciakow.

Witam po dluzszej przerwie spowodowanej tygodniowym pobytem w Chorwacji. Pobyt tam planowalam juz od dawna, bylo to mozna powiedziec marzenie mojego zycia i w koncu udalo sie je zrealizowac. Z racji, ze moja kolezanka mieszka na wyspie Hvar, mielismy gdzie sie zahaczyc :)

Ruszylismy w zeszla sobote o 07:30 i do Splitu dotarlismy o 18:30. W drodze ominelismy autostrade w Slowenii (dzieki opisowi z tego bloga: 
http://blogzpodrozy.pl/2013/05/16/slowenia-objazd-autostrady-przez-lenart-i-ptuj/
). Niestety potem sie okazalo, ze w sumie mielismy 100 km objazdu no ale trudno – 15 euro w kieszeni :P Przez Czechy jadac z Niemiec nie jechalismy ale po Austrii, po ktorej jazda dluzyla sie niemilosiernie (tunele co chwila i zwalnianie do 80 km) i Slowenii czekal nas dlugi kawalek w Chorwacji gdzie na dzien dobry witaly nas bramki. Przejscie graniczne nie bylo zatloczone, czekalismy moze z 5 minut, paszporty obejrzane i mglismy wjezdzac do Chorwacji :)

W Splicie planowalismy do odplyniecia promu (20:30, o 17:00 nam uciekl) cos zjesc. Mialam namiary na dobra pizzerie na plazy ale jak kupilismy bilety i zaczelismy jej szukac, okazalo sie, ze juz musimy wracac do portu i ustawiac sie w kolejce wiec musielismy sie zadowolic porcja pizzy w pobliskim fast foodzie. Na promie na szczescie bylo malo aut i rozpoczelismy 2 godzinny rejs na Hvar. Bylam tak wymeczona podroza, ze padlam i obudzilam sie gdy doplynelismy. W porcie czekala na nas kolezanka z pieskiem i za pol godzinki bylismy w miescie Hvar a kolo polnocy w naszym apartamencie, polozonego 5 minut drogi dalej.

Na drugi dzien przyszlismy do kolezanki i poszlismy zwiedzac miasto. Zaczelismy od spaceru promenada, poogladalismy jachty, bylismy z dziecmi na placu zabaw a wieczorem w restauracji „Leporini”, w ktorej pracuje maz kolezanki, na pysznej rybce i steku. Restauracje ta odwiedzil takze ksiaze Harry, podczas swojego pobytu na Hvarze, niestety Niko nie mogl mu robic zdjec :/ W koncu przed fotoreporterami ksiaze szukal schronienia :P Mielismy okazje obejrzec jakies tamtejsze tance, bo blisko restauracji odbywalo sie jakies spotkanie towarzyskie.

 

 

Kolejny dzien rozpoczal sie deszczem ale szybko zrobilo sie potem cieplo. Upaly nam nie dokuczaly, bylo jakies z 25 stopni a wiec przyjemne sloneczko. Wieczory tylko byly chlodne i trzeba bylo cos cieplejszego zalozyc. Poszlismy zwiedzac fortece w Hvarze – pod gorke bylo ciezko, za to widoki przepiekne. Tu widac Piekielne Wysepki (Pakleni Islands).

 

W fortecy mozna bylo obejrzec takze muzeum amfor i lochy :) Po nieco meczacym dniu, wrocilismy w goscine do kolezanki i wieczor spedzilismy na graniu w „Magie i miecz” :)

 

Kolejny dzien byl atrakcyjny glownie dla dzieci – przeszlismy sie druga strona promenady i natrafilismy na lodz podwodna, ktora za 80 kun od osoby oferowala przeplyniecie sie na sasiednia mala wysepke. Po drodze mozna bylo obserwowac podwodne zycie. Maz zabral naszego synka a wlasciciel lodzi zaproponowal darmowa przejzazdzke i naszej corci.

Oto kilka fotek z podwodnego krolestwa:

Czekalismy az w ktorys dzien Niko bedzie mial wolne od pracy (planowo mial od 01.10 nie pracowac :P) bo chcielismy sie z nim wybrac na zwiedzanie wyspy. W planie mielismy obejrzec jaskinie Grapceva, (ktora moze pochwalic sie pieknymi stalaktytami i stalagmitami) niedaleko opuszczonej wsi Humas ale niestety okazalo sie, ze jaskinia o tej porze roku jest juz zamknieta dla zwiedzajacych a do wioski trzeba isc pieszo okolo godziny. Z racji na blogoslawiony stan kolezanki i dzieci – odpuscilismy. Trudno, obejrzymy sobie nastepnym razem. Czytalam, ze warto ja jaskinie zobaczyc:

Grapčeva špilja - Jaskinia Grapčeva to centrum kultury i cywilizacji Hvar oraz najważniejsze odkrycie prehistoryczne z czasów epokikamienia (neolitu) – VI-V w. p.n.e.; jest to jedno z najstarszych stanowisk archeologicznych w obszarze Mórz Adriatyckiego i Śródziemnomorskiego.

 

Pojechalismy pozwiedzac Jelse, Stari Grad, Vrboska i Milne. Oto kilka fotek:

Tu jedna z przepieknych zatoczek mijana w drodze do Jelsy:

 

Jelsa:

 

W Jelsie, widok na sasiednia wyspe Brac:

 

 

Kosciolek sw. Piotra we Vrboskiej

We Vrboskiej skorzystalismy z kapieli na plazy (kamienista, jak wszystkie w Chorwacji ale dalo sie wytrzymac:P) .

A tutaj moje danie (spaghetti z owocami morza) w super restauracyjce we Vrboskiej, chyba jedynej czynnej po sezonie:

 

Pozniej odwiedzilismy Stari Grad, tu kosciol sw. Szczepana:

Zamek Trvdalj - (tvrdina=fortyfikacja) – letnia rezydencja chorwackiego poety Petara Hektorovia urodzonego na Hvarze, jest to tez jedna z najslawniejszych budowli w Starim Gradzie. W XVI wieku wyspa Hvar zostala zaatakowany przez Turkow Ottomanskich i Hektorovic przebudwal swoja rezydencje w fortyfikacje, ktora miala zapewnic schronienie dla miejscowej ludnosci. Wewnatrz zamku znajduje sie staw, do ktorego wplywaja morskie ryby. Poeta na zrealizowanie swojego marzenia jakim bylo stworzenie mikroklimatu, w ktorym zylyby ryby, ptaki, rosliny lecznicze i ludzie, poswiecil cale swoje zycie. Niestety nie moglismy wejsc do zamku bo byl czynny od 10 do 13 :( Nadrobimy nastepnym razem.
Tu na zdjeciu widac kanalik, ktorym ryby z morza mogla wplynac do stawu (tam gdzie dwa male murki).

W drodze powrotnej wstapilismy zobaczyc mala wioske Milne, do ktorej przyjezdza sie glownie z powodu atmosfery i widokow.

Podczas wizyty na placu zabaw ruszylam na poszukiwania owada, ktory wydawal charakterystyczne dzwieki, podobne do cykad czy konika polnego. Maz kolezanki mi mowil, ze owadziki te zyja tylko jeden dzien ….

Piekny zachod slonca widziany z ogrodka w muzeum przy klasztorze Franciszkanow:

A tu swieze rybki w pobliskiej restauracji:

 

 

 

 


  • RSS