mamawniemczech blog

Na moim blogu opisuję codzienne życie mamy w Niemczech. Jestem dumną mamą chłopca i dziewczynki. Serdecznie zapraszam na mojego bloga! Komentarze mile widziane!

Wpisy z okresu: 7.2014

We wtorek z Fikaczkiem odwiedzilismy mojego Tageskind. Mialam auto wiec umowilam sie z babcia mojego podopiecznego, ze na 13:30 odbiore siostre Tageskind z przedszkola i przyjedziemy na obiad. O 15:15 gralam w tenisa z moja sparingpartnerka, w tym czasie Fiki zostal sie pobawic. Po treningu czekalam na Tusie o 16:30 kolo kortow i pojechalam po Fikiego. Troche sie jeszcze dalam im pobawic, tym bardziej, ze juz sie nie beda widywali bo od wrzesnia jak moj Fiki bedzie do 16 w swietlicy, i wtedy czasowo nie bardzo pasuje opieka, moze jak Fiki sie nauczy sam wracac ze szkoly … Wieczorem, po polozeniu dzieci spac, pieklam jeszcze tort urodzinowy dla Tusi na wczorajsze urodzinki. Do pozna go dekorowalam. W srode rano Tusia pojechala busikiem z tortem. Tort wszystkim smakowal, nic nie wrocilo do domu. Tusia dostala od pan w przedszkolu butelke na picie z Indianinami i lizaki. Po powrocie z przedszkola, dostala od nas prezenty – lalke w samochodzie i laleczke w stroju Hello Kitty, ktora wygrywa melodie. Fiki zeby mu nie bylo przykro, dostal tez maly prezent – gre z zagadkami „Wesola farma”:)

 

A tak oto prezentuje sie urodzinowy torcik i urodzinowa kartka:

DSC07264 DSC07289

Jak ten czas leci … Dopiero byl piatek i czekalismy na odwiedziny tesciow a juz po ich wizycie. W piatek jechalam do przedszkola na kawe i ciasto dla rodzicow w grupie Tusi i o 13 musialam juz Fikiego odebrac z busa. Mielismy godzine do przyjecia wiec pojechalismy sobie na rynek i kupilismy sobie po galce lodow. Potem szybciutko do przedszkola i czekalismy na wystepy – dzieci spiewaly dwie piosenki – o autobusie i o kolorach. Kazde z nich bylo poprzebierane – jedno bylo piekarzem, jedno malarzem …. Tusia byla przebrana za marynarza ale niestety nie chciala spiewac :( Pani opiekunka mowila, ze na probach ladnie spiewala ale przy mamie oczywiscie nie miala ochoty :P Po wystepie troche sie dzieciaki pobawily i ruszylismy na trening Fikaczka na 15;30. Dostalam smsa od tesciow, ze o 14 ruszyli (wczesnie jak nigdy). Po treningu pojechalismy jeszcze wszyscy nad wode bo bylo cieplo i dzwonilam spytac gdzie obecnie sie znajduja – niestety mieli pecha i trafili na korki wiec jeszcze mieli spory kawalek do nas :/ Kolo 19 wrocilismy do domu i czekalismy na gosci. Niestety zajechali dopiero po 8 godzinach :( Fiki sie troche przebudzil i przywital z babcia.

W sobote wybralismy sie zjesc do Biergarten w Pfaffenhoffen, w ktorym Fiki mial pozegnanie w przedszkolu. Tam, obok na boisku Fiki gral w pilke z tata i dziadkiem. Potem bawili sie na placu zabaw i zjedli z nami dobre miesko i knoedle w sosie.

W niedziele w kosciele spotkalismy mojego Tageskind z siostra i babcia. Po mszy spotkalismy sie na lodach, przedstawilam moich tesciow. Umowilam sie na wtorek, ze przyjade z Iwem zeby sie chlopaki pobawily. Po lodach, zapakowalismy sie razem z Mailem do auta i pojechalismy do Abensberg do malego parku zwierzat, w ktorym najwiecej bylo ptakow drapieznych. Mailo mogl wejsc do parku na linewce, byl zainteresowany zwierzakami i piszczal szczegolnie do osiolkow i kucykow :) O 14:30 bralismy udzial w karmieniu zwierzat, podczas ktorego opiekunka zwierzat opowiadala rozne ciekawe rzeczy o podopiecznych. Po wizycie zaliczylismy jeszcze Mc Donalds niedaleko parku, gdzie oblowilam sie w 3 szklanki Coca – Coli :) Wracajac mielismy troche burzy po drodze. Rodzice pojechali dopiero o 20 do domu, tym razem zajechali szybko.

Dzisiaj nadszedl ten dzien … Musialam znow pozegnac mojego kolejnego podopiecznego. Najbardziej smutny byl moj Fikaczek bo zzyl sie z moim Tageskind. Niestety poki co musielismy zakonczyc wspolprace z ojcem bo gdy Fiki pojdzie we wrzesniu do szkoly i bedzie odwiedzal do 16 swietlice, oznaczaloby to dla mojego podopiecznego (i jego siostry) duzo chodzenia na piechote – raz ze szkoly, potem po Fikiego do szkoly, do domu znow bo musze czekac na powrot Tusi …. Na dluzsza mete to by chyba niezbyt dzialalo …Upieklam dla chlopakow czekoladowy tort ze Star Wars i mogli razem obejrzec bajke, podopieczny mogl wybrac tytul. Pozniej na chwile pojechalismy do Netto po lody i do domu czekac na powrot ojca i mojej Tusi bo wracaja mniej wiecej o tej samej porze. Moze sie jeszcze chlopaki spotkaja na zabawe bo od czwartku jest babcia mojego Tageskind, moze przed programem ferii chlopaki sie umowia?:)

Jakis czas temu w przedszkolu Tusi pojawila sie pani psycholog z kliniki z Monachium specjalizujacej sie w diagnostyce autyzmu. Z racji, ze niektore zachowania Tusi nas niepokoily, postannowilismy mala przedstawic pani doktor. Dopiero wczoraj, po okolo moze 2 miesiacach, dostalam termin na omowienie spostrzezen psycholog co do Tusi. Tak sie akurat dzisiaj zlozylo, ze od 9 rano mialam w sumie 3 spotkania w przedszkolu. Najpierw z psycholog przedszkola, psycholog z kliniki i Heilpedagogin Tusi, potem u psycholog, ktora bada Tusie i Fikaczka – omowila ze mna wykonane testy (diagnozowanie autyzmu) a na sam koniec krotka rozmowa z fizjoterapeutka Tusi. Pierwsza rozmowa troche sie opozniala, bo psycholog z kliniki jechala z Monachium i pewnie trafila na korki. Dowiedzialam sie, ze Tusia byla obserwowana w grupie – podczas „Morgenkreis’, potem jedzenia i zabawy. Przede wszystkim uslyszalam, ze wiele przemawia za tym, ze mala nie cierpi na autyzm, jednak pewne zachowania sklonily psycholog do wyznaczenia nam terminu w klinice, aby tam mala dokladniej przebadac (przez godzine powinna sie sama bawic i bedzie wtedy filmowana, ja bede musiala wypelnic bardziej szczegolowy kwestionariusz). Te zachowania to: malo mimiki twarzy, interesowanie sie otoczeniem poprzez dotyk (mala sprawdzala fakture swetra psycholog poprzez glaskanie), nie interesowanie sie podczas obiadu tym co miala na talerzu – jesli jadla, to nie moglo byc nic ze soba pomieszane – jesli jakas fasolka dotknela ziemniaki czy zetknela sie z innym jedzeniem, mala to bardzo denerwowalo,co tez zwrocilo uwage psycholog, to to, ze mala poruszala w niekontrolowany sposob dlonmi (podczas siedzenia przy stole). Zaproponowano mi, po ewentualnym zdiagnozowaniu autyzmu (badz zdiagnozowaniu stanow lekowych, jakichs blokad czy czegos innego) okolo 2 tygodniowy pobyt w Centrum Dziecka w Monachium na oddziale dla dzieci i matek – tam odbywalby sie tzw. couching tzn. probowanoby mnie uczyc postepowania w sytuacjach „stresowych”, aby nie powtarzal sie u Tusi zly wzorzec zachowania i przede wszystkim uczono by mnie tego jak mam postepowac z dzieckiem, ktore zdiagnozowane schorzenie. Niestety wyznaczony termin na szczegolowe badanie wypadl troche niefortunnie, bo bedzie to pierwszy dzien Fikaczka w szkole (dzien wczesniej jest oficjalne powitanie) i prawdopodobnie maly wroci do domu dosc szybko (prawdopodobnie swietlica dopiero pozniej rusza) i nie zdazymy wrocic go odebrac. Uzgodnilam, sie sie dowiem jak to moze organizacyjnie wygladac i dam znac a pani psycholog   mi powie czy ewentualnie tydzien pozniej byly mozliwy kolejny termin badania ale moze to byc troche trudne bo w badaniu bierze udzial kilku fachowcow. Po tej rozmowie, musialam leciec na kolejna, aby sie dowiedziec jakie testy psychologiczne musiala Tusia robic (trwaly z dobra godzine, mala wytrzymala to nadzwyczaj dobrze, miala oczywiscie dwie przerwy na zabawe). Przeprowadzony test nazywal sie nieweralnym testem na inteligencje Snijdersa-Oomena. Jak mi wytlumaczyla pani psycholog, ten test mozna wykonac z kazdym dzieckiem i w jakimkolwiek jezyku bo nie chodzi w nim o rozumienie mowy. W praktyce wyglada to tak, ze nawet jakby prowadzacy nic nie mowil podczas kolejnych zadan, to dziecko intuicyjnie pojmuje czego sie od niego oczekuje – przyklad: dziecku przedstawia sie 4 obrazki, kazdy niedokonczony a nastepnie kladzie sie 4 brakujace elementy. Test ten byl podzielony na 6 podkategorii – mozaiki, kategorie, puzzle (nie takie typowe!), analogie, sytuacje i wzory. Kazda z tych podkategorii byla osobno oceniana, takze wiedzialam na jakim poziomie wiekowym byla Tusia. Ogolnie wynik testu wskazywal, ze mala jest na poziomie 3,5 roku (za kilka dni konczy 4 lata). Jesli chodzi o kategorie, to bylo bardzo duzo rozrzutu – w jednych byla ponad przecietna a w innych nawet na poziomie 2 lat i siedmiu miesiecy. Co pania psycholog nieco zaniepokoilo to sytuacja podczas ukladania puzzli. Byla to 10 ukladanka – do ulozenia byla dlon. Tusia od razu rozpoznala co to jest, zanim jeszcze zaczela ukladac, jednak mimo iz caly czas patrzyla na swoja dlon, nie udawalo jej sie poprawnie ulozyc klockow – za kazdym razem palce byly jakos nienaturalnie ulozone. Co pochwalila pani psycholog, to to,ze mala bardzo dlugo probuje sama rozwiazac problem, nie prosi o pomoc. Psycholog zauwazyla tez, ze mala nie utrzymuje kontaktu wzrokowego. Mala najlepiej zapunktowala w ostatniej podkategorii – rysowanie wzorow. Jesli chodzi o trzymanie olowka, trzyma go pewnie. Jej zadaniem bylo polaczyc kropki, najpierw prosta linie, pozniej coraz trudniejsze figury. Po rozmowie i otrzymaniu kopii testu, polecialam szybko do fizjoterapeutki, u ktorej  dostalam krotki feedback a mianowicie, po wakacjach fizjoterapia bedzie zastapiona terapia w dziedzinach, w ktorych Tusia ma nieco klopotow a wiec w mowie (logopedia). Po 11:00 bylam gotowa i moglam szybko podjechac na zakupy, potem do domu i czekac na Fikaczka az wroci z przedszkola. Zrobilismy dzisiaj dwa rodzaje ciasteczek – jedna z polewa czekoladowa, migdalami i platkami kukurydzianymi a drugie takze z migdalami, cos w stylu wloskich ciasteczek do kawy. Potem podjechalismy na trening lekkoatletyki, gdzie czekalismy na busik, ktorym miala wrocic z przedszkola Tusia (kolo 16:30 a wiec wtedy gdy zaczyna sie trening). Dzisiaj zajecia odbywaly sie na hali bo co chwile deszcz padal. Po 18 bylismy wreszcie w domku. Uffff….

W weekend bylismy w przedszkolu na letnim festynie i tam na jednym z warsztatow Fiki robil bransoletki przyjazni – Loom Brands. Znal je juz od mojego Tageskind, ktory kiedys sam robil w szkole i przyniosl nam pokazac, jeden nawet podarowal Fikiemu. Bransoletki robi sie z kolorowych malych gumeczek. Kupuje sie je w zestawach po 300 sztuk, do tego dolaczona jest instrukcja obslugi, zapinki i haczyk. Fiki zaczal roic jedna bransoletke, a druga – w kolorach flagi niemieckiej podarowala mu pani, bo festyn zblizal sie ku koncowi a pozatym ala sie, ze nie bedzie juz odpowiedniej ilosci gumek do wykonania bransoletki.

Bedac na zakupach w EDECE odkrylam przez przypadek zestawy do wykonania Loom Bands :) Kupilam 2 zestawy (koszt 5 Euro) i zabralismy sie do roboty. Zrobilam kilka bransoletek dla Fikiego a reszte dla jego przyjaciol z przedszkola i dla pan przedszkolanek, ktore wreczy na ostatni dzien przedszkola. Do tego pare sloczyczy i ladne opakowanie. Jak beda gotowe, to przedstawie je na blogu.

Dzisiaj w przedszkolu Fikiego odbywalo sie pozegnanie starszakow. Rodzice zostali zaproszeni na 14 do restauracji polozonej blisko lasu, niedaleko przedszkola. Dzieciaki rano mialy wycieczke do hodowli kucykow – mogli tam jezdzic na koniach a na koniec byla przejazdzka wozem. Myslalam, ze przyjade na ta uroczystosc sama a kierowca busa podrzucilby tam Tusie ale niestety nie bardzo sie to dalo zrobic … Zadzwonilam wiec, ze mala sama kolo 14 odbiore. Po drodze niestety jak na zlosc troche korkow bylo i krotko po 14 wpadlam do przedszkola. Na szczescie do Fikaczka nie bylo stamtad daleko, dojechalismy na 14:15 (Tusia byla jeszcze nie gotowa po drzemce gdy przyszlam ja odebrac). Zdazylismy w ostatniej chwili. Dzieci juz sie ustawialy zeby dac wystep przed rodzicami. Porobilam fotki i pokrecilam video gdy spiewali i mowili wierszyki (o szkole). Pozniej kazde dziecko, ktore we wrzesniu idzie do szkoly, dostalo od pan prezent pozegnalny – zdjecie grupy, dyplom ukonczenia przedszkola, wszystkie segregatory z przedszkola (wycinanie, pisanie cyfr, rymowanki), wlasnorecznie zrobiona mala tytka do szkoly oraz prezent – klocki Lego :) Fiki byl bardzo dumny :) Po czesci oficjalnej przeszlismy z dzieciakami na dwor gdzie mogly sie pobawic na placu zabaw a mamy mialy okazje porozmawiac z paniami wychowawczyniami. Moj Fiki oczywiscie biegal i bawil sie ze swoim najlepszym przyjacielem Olivierem. Tusia tez sie wyszalala na zjezdzalni i hustawkach. Kolo 16 zebralismy sie powoli bo na 16:30 Fiki mial dzis trening lekkoatletyki, drugie zajecia. Dzisiaj z racji, ze byla pogoda, zajecia odbywaly sie na stadionie. Dzisiaj biegali na czas i rzucali pilka. Tusia rzucala tez, nawet dosyc daleko :) Fikiemu sie podobalo i chce sie zapisac do klubu. Przy okazji udalo mi sie zawrzec nowa znajomosc z jedna z mam. Przez przypadek sie zgadalo, ze pochodze z Polski (corka pani powiedziala, ze tu dzis byla dziewczynka, ktora rozmawia po polsku) i okazalo sie, ze pani pochodzi z Rybnika a wiec niedaleko Gliwic skad pochodze :P wymienilysmy sie telefonami i bylo mi bardzo milo, ze znow spotkalam rodaka.

Dawno nie zagladalam na bloga bo prawie dwa tygodnie temu wyladoowalismy z nasza Tusia w klinice dzieciecej …. Wszystko zaczelo sie od telefonu z przedszkola zeby mala odebrac bo ma strasznie spuchnieta warge i nie moze nic jesc i pic. Maz pojechal ja odebrac, bo ja akurat mialam pod opieka Tageskind, pozatym bylam bez auta. Lekarz, do ktorego zaraz z nia poszedl zapisal krople Fenistil i antybiotyk i wystawil zaswiadczenie, ze mala nie ma zadnej choroby zakaznej i moze isc do przedszkola. Ok, antybiotyk przyjety, krople tez wypila po namowach tatusia i myslalam,ze wszystko ok. Pojechalam przed treningiem do biblioteki, wracam do domu o 18:00 a mala pluje krwia i ma dreszcze … Podzwonilismy po szpitalach i w koncu na 116 117 (numer gdzie mozna w naglym wypadku dzwonic i podaja adres lekarza lub wysylaja karetke) i tam nam powiedziano, ze u nas pediatra ma dyzur i jechac do niego. Oczywiscie o 18 trwal mecz Niemiec i chyba pani doktor go ogladala bo z dobre 10 minut czekalam z placzaca mala. Nie chciala pokazac pani doktor buzi, z reszta miala bardzo spuchniete usta wiec pewnie bolalo ja wszystko :( Lekarka zdziwila sie czemu antybiotyk zapisano i wyslala nas do dzieciecej kliniki w Neuburgu … Pojechalam po meza i Fikaczka i do Neuburga …. Tam w poczekalni patrzylismy mecz, w koncu przyszla nasza kolej i mala obejrzala pani doktor. Pobrano malej krew i wbito wenflon i miala zostac na noc i dostac kroplowke. O 22 maz z synem pojechali do domu a ja na lozku obok spalam z mala w pokoju szpitalnym. Przed zasnieciem wpadla na chwilke pani doktor i powiedziala, ze z badania krwi wynika, ze antybiotyk nie jest porzebny, ze to wirus jakis. Mala noc przespala od 21:30 do ok 7:00. Rano, po wyprawieniu malego na busa, przyjechal maz bo myslelismy, ze mozemy juz do domu ale mala nie chciala pic ani jesc wiec nadal musiala byc pod kroplowka. Niestety nie moglam z mala wychodzic z pokoju bo to zakazne sie okazalo …. Z mezem zdazylismy na dol zjechac winda zeby mala troche pochodzila, a jak pojechal do domu bo maly z przedszkola wracal, to mi juz nie pozwolila:( Ciezko bylo w szpitalu, malej sie nudzilo, bolal ja wenflon … Dobrze, ze zabralam jednego „Franklina” do czytania, akurat o pobycie w szpitalu i ciagle go jej musialam czytac …. Mala sie nauczyla mowic „kloklowka” na kroplowke dzieki temu. Kolejny dzien musialysmy spedzic na oddziale ale tym razem noc juz nie byla spokojna – mala sie wyspala 2 godziny po poludniu a pozatym budzilo nas pipanie aparatury – gdy tylko mala zasnela na rece z wenflonem, zaraz sie zaginala rurka i plyn nie dochodzil. Bylam wykonczona po kilku godzinach snu … Do tego wyladowala mi sie komorka i nie moglam dac znac mezowi kiedy moze przyjechac. Poprosilam siostre ale ona nie zostawila zadnej wiadomosci na sekretarce (maz akurat byl na spacerze z psem) a jak maz oddzwonil, to inna bardzo niezadowolona siostra mi telefon przyniosla i powiedziala, ze byloby dobrze zebym uruchomila swoja komorke bo oni musze dezynfekowac telefon :) Maz nie dostal zadnej wiadomosci i przyjechal kolo 15 do nas z synkiem. Troche jeszcze czekalismy na decyzje czy mala moze wyjsc. Z samego rana w sobote odlaczyli juz kroplowke i mialam notowac ile mala pije i jak czesto do toalety chodzi. Po poludniu pielegniarka powiedziala, ze mala moze wyjsc, nawet sie jej pytala czy chce isc do domku juz :P Niestety poki mala miala w buzi pecherzyki, zakaza. Stwierdzono u niej wirusowe zapalenie blony sluzowej, wywoluje je wirus pochodzacy z otoczenia, bardzo czesto wystepuje u dzieci przedszkolnych, zwlaszcza takich jak Tusia bioracych ciagle palce do buzi …. U malej wytworzyly sie cos w rodzaju afty wewnatrz policzka i wyszly az na usta, ktore spuchly :( Powiedziano mi, ze do 2 tygodni moze to trwac az bedzie calkiem zdrowa. Popisalam z rodzicami Tageskinder, ze nadchodzacy tydzien nie moge przyjac zadnych Tageskinder. Gorzej bylo z meczem druzynowym. Jeden moglam opuscic – 29. maja bo bylo zastepstwo ale 6 lipca odbywal sie nasz ostatni mecz w sezonie, w ktorym walczyc mielismy o 1 miejsce i musialam grac :P Maz musial krotko po powrocie Tusi do domu leciec na 10 dni do Indii wiec nie mogl sie zajac dziecmi. Ustalilam wiec z rodzicami, ze wpadna do mnie na kilka dni zebym mogla zagrac. Mala byla ze mna tydzien w domu, w czwartek, tydzien po pojawieniu sie w szpitalu bylam u lekarza na kontroli zeby dostac atest do przedszkola i …. kolejny szok! Znow lekarz stwierdzil, ze mala jest zdrowa i nie zaraza a mala miala jeszcze na ustach pecherzyk! Dzwonili z przedszkola i pytali co i jak i przyznali mi racje, ze to jakas kpina chyba jest. Pojechalam do mojej lekarki, co prawda nie pediatry ale internistki ale nawet ona musiala mi przyznac racje, ze to nadal nie jest jeszcze koniec choroby. Zapisala znow plyn do odkarzania i kazala przyjsc w poniedzialek po atest bo po weekendzie musi juz byc wszystko ok. No nic, w piatek czekalam na rodzicow, dzieciaki do konca nie wiedzialy o wizycie dziadkow :) Fiki sie ucieszyl jak z treningu go z dziadkiem odebralam.W niedziele chwilke dzieciaki byly ze mna na kortach ale nie dlugo bo bylo bardzo goraco i rodzice je nad wode zabrali. Ja o 15:00 w duzym upale na kort wyszlam i po 2 godzinach zwyciestwo – 6:4 6:1 :) Bylo ciezko – z upalu az mialam mrowienie w rekach i bol glowy :/ Pomogla mi tabletka przeciwbolowa …. O 18 jeszcze debel, ktory przzegralismy ale wiedzialysmy juz, ze mecz jest nasz bo wszystkie gry pojedyncze wygralysmy. Caly mecz wygralysmy 11:3 i wieczorem z przeciwniczkami jadlysmy wspolnie w restauracji. Tata mnie odebral, zdazyl ostatnie 3 gemy obejrzec :p postawil nam dwa szampany i kazda sie troche napila z okazji zwyciestwa :) W poniedzialek u lekarza z Tusia bylo juz wszystko ok, nawet po namowach pokazala buzie i juz nie bylo zadnych pecherzykow i mala dostala zaswiadczenie do przedszkola. Rodzice pojechali do domu we wtorek, rano jeszcze mama odprowadzila ze mna na busika mocno opierajaca sie Tusie :p  Ja w ten dzien zabralam Fikaczka na pierwsze zajecia z lekkoatletyki, zeby zobaczyl czy my sie to bedzie podobalo. Ku mojemu zdziwieniu poszedl dosc chetnie. Na poczatku nie za bardzo chyba rozumial zasady gry, chyba grali w dwa ognie ale pozniej widzialam, ze kolejne zabawy z pilka juz znal i chetnie biegal i smial sie. Nastepne zajecia odbeda sie na stadionie, chyba, ze znow bedzie padal deszcz … Fiki pytal kiedy znow do pani na trening moze przyjsc :P W srode znow przyszla moja Tageskind, w czwartekmialam wolne a w piatek przyszly obydwoje Tageskinder no i oczywiscie bylismy na treningu pilki noznej. W sobote o 7:00 wrocil wreszcie maz z Indii i dzieciaki sie na niego rzucily :) Po poludniu jeszcze wyprawa na rowerkach, ktore rodzice z Polski przywiezli bo nam sie niestety nie zmiescily do auta. Jutro czeka nas letni festyn w przedszkolu – o 12:00 pomagam myc naczynia przez dwie godziny (w tym czasie dzieci sa pod opieka jednej z pan) a o 15:00 ma wystepowac Fikaczek – jego grupa bedzie spiewac 3 piosenki. O 17 jest koniec festynu i maz ma pomagac skladac wszystko, potem do domu bo mamy zaproszonych gosci na mecz. Z racji, ze Niemcy sa w finale i nie zdarza sie to codziennie, Fiki bedzie mogl popatrzec na mecz :)


  • RSS