mamawniemczech blog

Na moim blogu opisuję codzienne życie mamy w Niemczech. Jestem dumną mamą chłopca i dziewczynki. Serdecznie zapraszam na mojego bloga! Komentarze mile widziane!

Wpisy z okresu: 9.2014

Wczoraj byl ten wielki dzien – poczatek roku szkolnego (na Bawarii byl to w tym roku 16 wrzesnia). Na rozpoczecie roku na 9:00 pojechalismy z moim tata, Tusi juz o 06:42 pojechala busikiem pierwszy dzien do przedszkola po wakacjach. Rozpoczecie roku bylo bardzo sympatyczne. Pierwszoklasistow przywitaly najstarsze klasy oraz drugoklasisci. Maluchy zaspiewaly a starsi przeczytali wierszyk a nastepnie kazdemu pierwszoklasiscie zostal „przydzielony” „ojciec chrzesnty” – czyli osoba, do ktorej dziecko moze sie zwrocic z wszelkimi pytaniami. Potem pan dyrektor mowil dzieciom co to znaczy jak sie idzie do szkoly, ze to podobne troche do kapelusza magika :) Nastepnie z kapelusza wyciagal po kolei imiona dzieci i nasz Fiki swoje rozpoznal :) Potem z dzieciakami poszlismy zobaczyc ich klase, porobilismy zdjecia i pan dyrektor poszedl z nami do kawiarni na kawe i ciasta, tam opowiadal nam o szkole, jak bedzie wygladala dalsza edukacja naszych dzieci w tej placowce, odpowiadal tez na pytania. Krotko po 10 Fiki wrocil z klasy, zadowolony :) Obejrzal co mial w tytce i pojechalismy na grzyby :) Fiki jako jedyny z nas znalazl prawdziwka :)

Dlugo mnie nie bylo on line a to z tego powodu, ze duuuuzo sie dzialo. Jak co roku odbywaly sie w naszym miescie otwarte mistrzostwa w tenisie, w ktorych zwyciezylam w zeszlym roku. W tym roku rowniez chcialam sprobowac swoich sil. Planujac urlop w ukochanej Chorwacji bralam pod uwage udzial w zawodach, wiec wymyslilam, ze zwiedzimy Istrie juz 7 wrzesnia. Niestety zapomnialam, ze zawody koncza sie rowniez 7 wrzesnia, wiec musielismy sie zdecydowac na podroz po poludniu (zakladajac udzial w finale lub gre o 3 miejsce). Zawody zaczely sie juz 4 wrzesnia, kiedy dzieciaki wrocily z dziadkiem do domu. Pierwszy mecz wygralam dosc gladko 6:0, 6:2 z mama zeszlorocznego mistrza zawodow. Na drugi dzien mialam grac przeciwko nastolatce z mojego obecnego klubu tenisowego. Wygralam 6:2, 6:3 choc latwo nie bylo, dziewczyna grala dobrze, no i byla sporo ode mnie mlodsza :) W sobote gralam z moja zeszloroczna rywalka – 16-17latka z Manching, ktora wyeliminowala 2 rozstawiona turnieju – moja byla kolezanke z druzyny (a propos tydzien przed mistrzostwami w jednodniowym turnieju prawie ja gladko pokonalam bo prowadzilam 6:1 i przy stanie 1;1 i 30:0 dla mnie odwolano turniej z powodu deszczu). Niestety tym razem musialam uznac jej wyzszosc – przegralam „o wlos” w trzech setach 6:4, 6:7, 11:9. W niedziele 7 wrzesnia o 10:30 gralam o 3 miejsce z zawodniczka klubu organizujacego zawody a wiec z „tutejsza” wiec latwo nie bylo grac bo publicznosc (za wyjatkiem mojego meza i w krotkim momencie taty i dzieciakow) byla przeciwko mnie :/ Udalo mi sie wygrac 6:3, 6:2. Cale szczescie, ze w finale jednak nie gralam bo przesuneli go na 13:00 a nam zalezalo jechac jak najszybciej, przed nami bylo ok 700 km. Odebralam wiec szybciej swoj puchar (nie czekalam do ceremonii wreczania nagrod o 14:30), szybko do domu spakowac sie do konca, wsadzic dzieciaki i …. ruszylismy. Jechalismy rowno 8 godzin do miejscowosci Vrsar w Chorwacji. O 22:00 czekala na nas wlascicielka campingu, w ktorym wynajelismy sobie urzadzona przyczepe. Dala nam klucze, pokazala gdzie sa lazienki i prysznice i poszlismy po rozpakowaniu sie dosc szybko spac. Pierwszy dzien przywital nas od rana upalem. Poszlismy z dzieciakami na plaze, tam tez zjedlismy po poludniu co kto lubi a wiec dzieciaki pizze a ja owoce morza:) Pod wieczor jeszcze sesja przy zachodzie slonca i pierwszy dzien zakonczony. We wtorek wybralismy sie do Rovinj na wycieczke statkiem po Knale Limskim – rezerwacie niedaleko nas, nazywanym takze fiordem. Jes to dlugi na okolo 10 km wzynajacy sie w lad fiord, ktory uksztaltowala natura, jest porosniety na zboczach bujna roslinnoscia. O 14 wyplynelismy z portu i po okolo godzinie doplynelismy do konca kanalu. Tam mielismy godzinny postoj i moglismy sprobowac specjalow pochodzacych z kanalu – sa tam hodowane rozne skorupiaki, ryby,ostrygi …. Z racji, ze woda w kanale jest wymieszana z woda slodka, ostrygi maja delikatniejszy smak. Z racji, ze nigdy jeszcze nie mialam okazji sprobowac ostryg, zamowilam 3 sztuki. Po jedzeniu ruszylismy dalej do jaskini piratow po drugiej stronie kanalu. Tam postoj trwal tylko 20 minut (wstep dodatkowe 7 kun, o czym sie dowiedzielismy dopiero na pokladzie statku gdy podplywalismy. Cala wycieczka to byl koszt ok 300 kun, placilismy tylko za dwoch doroslych), mozna bylo wspiac sie w rozne zakamarki jaskini, zrobic sobie zdjecie z figurami piratow, wypic (drogie) drinki …. Niestety nie zdazylismy wejsc na bocianie gniazdo bo trzeba bylowracac ale piekne widoki z jaskini uwiecznilismy. O 18 zawitalismy do portu w Rovinj i ruszylismy w kierunku parkingu. Dzieciaki po powrocie chcialy jeszcze na plaze, wiec sie z nimi przeszlam ale juz tak cieplo nie bylo, wiec bylo szybkie chlup i do domu bo zimno :)

Niestety od srody do soboty rano (koniec pobytu) pogoda sie strasznie zepsula – non stop byly burze i pochmurno, cieplo juz tez nie bylo. Zwiedzilismy czesciowo w deszczu Pule (z powodu amfiteatru). Przeczekalismy deszcz (ok 20 minut) pod zadaszeniami amfiteatru, potem przeszlismy w kierunku starowki i natknelismy sie na super pizzerie polaczona z bawialnia dla dzieci gdzie zjedlismy mega wielka pizze XXL – pycha :) Potem z racji ze wyszlo troche slonce szukalismy zabytkow ale mimo mapy nie dotarlismy do zbioru cennych mozaik. Trudno, szkoda tylko bylo dosc sporej drogi, ktora musielismy wrocic do auta :/ Dzieciaki juz marudzily, ze bola nogi …. Po powrocie przeszlam sie sama do portu (marina) w naszym Vrsar. Porobilam kilka fotek, posprawdzalam statki wycieczkowe. Za 200 kun mozna bylo poplynac na delfin safari o 5:00 :) Pani zapewniala, ze na pewno sie wtedy zobaczy te sympatyczne ssaki, bo z lodzi rzucane sa ich przysmaki. Z racji, ze nie jest najlepsza pogoda, pani powiedziala, ze spytac w czwartek wieczorem czy pojada statki na wyprawe. Czwartek mimo deszczu spedzilam z dzieciakami 3 godziny w znanym kurorcie Porec – zwiedzilismy akwarium i bazylike z cennymi mozaikami znajdujacymi sie na liscie UNESCO. Niestety deszcz nie pozwolil na dluzszy pobyt – dzieciaki znow byly przemoczone, ja rowniez, niestety pakujac sie bylam pewna, ze bedzie caly pobyt swiecilo slonce :P Pod wieczor cala rodzinka sie do portu wybralismy i po drodze w restauracji „Mali Raj” zjedlismy. Niestety mezowi trafil sie mega twardy Beefsteak :/ Ja bylam zadowolona z moich sardynek :) Dzieciaki jak zwykle pizza :)

Piatek to byl taki leniwy dzien – rano dzieciaki siedzialy w przyczepie lub bawily sie na placyku zabaw w campingu a ja polecialam poszukac trufli dla taty, w koncu Istria slynie z ich uprawy :) Niestety nie bylo pani, ktora sprzedawala te specjaly. Sprobowalam za to ciemnych i jasnych trufli w innym sklepie, pan chyba zrozumial, ze chce skosztowac:P Smakowaly calkiem niezle. Najmniejszy sloiczek – 90 kun. Pod wieczor poszlam jeszcze raz do portu i kupilam za 130 kun u tej samej pani, u ktorej kupilam pamiatki dla mam i tescia. Wybralam trufle jasne i pokrojone, podejrzewam, ze to podnioslo cene :) Wieczorkiem zjedlismy w przyczepie, juz nam sie nie chcialo nigdzie chodzic jesc.

W sobote pobudka o 8:00 i w drodze do domu zwiedzilismy polozona niedaleko Porec jaskinie Maredine, w ktorej zyje odmieniec jaskiniowy – zyjaca skamielina, zwierzatko, ktore nie ma oczu (zanikly mu), za to ma bardzo dobry wech, wyglada jak dluga chuda ryba z konczynami i zyje tylko w tej jaskini. Kiedy ok 9 zajechalismy pod jaskinie, okazalo sie, ze zwiedzanie zaczyna sie o 10:00 …. Nie pozostalo nam nic innego, jak pojechac do Porec i cos zjesc. Krotko po 10 bylismy z powrotem, chwile poczekalismy na wycieczke z przewodnikiem w jezyku niemieckim (czas wolny wykorzystalismy na zakup pamiatek) i ruszylismy na zwiedzanie – 60 m w glab jaskini. Jaskinia skladala sie z 5 sal. W jednym miejscu jaskinia ma glebokosc 123 metrow a na samym dole znajduje sie slodka woda, w ktorej mieszka wlasnie odmieniec jaskiniowy. Oczywiscie mozna bylo to zwierzatko zobaczyc w ostatniej, najmniejszej sali w malym jeziorku. Zwierzatko moze dozyc nawet 100 lat. Przewodnik mowil, ze zwierzaczkowi szkodzi swiatlo, wiec po roku, sprowadzaja nowe osobniki :) W droge dalsza ruszylismy o 11:20 i w domku bylismy krotko przed 20 bo do blisko polozonej Slowenii (ok 25 km) prowadzil korek az do przejscia. W Austrii tez nie bylo lepiej – deszcz, korki, objezdzanie … Na szczescie znalezlismy po drodze tania stacje benzynowa :) Maz szczesliwy zdazyl do domu na „Schlag den Raab” :) Dzieciaki cala droge nie spaly, wiec (dosc) szybko padly kolo 21:00. Ufff …. juz po urlopie a we wtorek dla naszego pierworodnego zaczyna sie szkola:) Zobaczymy jak to bedzie.


  • RSS