mamawniemczech blog

Na moim blogu opisuję codzienne życie mamy w Niemczech. Jestem dumną mamą chłopca i dziewczynki. Serdecznie zapraszam na mojego bloga! Komentarze mile widziane!

Wpisy z okresu: 11.2014

Dzisiaj o 9:00 czekała nas rozmowa w klinice zajmującej sie miedzy innymi diagnostyka autyzmu. Do monachium trzeba jechać zawsze z pewnym zapasem czasu, z doświadczenia wiem, ze na takie wczesne terminy godzina nie wystarcza… Zanim pojechaliśmy, Tusia pojechała krótko przed 7:00 do przedszkola a Fikaczka na 7:30 odstawiliśmy do szkoły (po wcześniejszym ustaleniu, ze będziemy tak wcześnie bo normalnie o 7:40 mozna wejść do budynku) i z 1,5 godzinnym zapasem pojechaliśmy. Oczywiscie musiał byc po drodze korek a jeszcze blisko celu zdarzył sie wypadek, stały karetki i nie dało sie przejechac …. :/ zadzwoniliśmy krotko przed 9, ze sie spóźnimy chwilkę, potem jeszcze problem z parkingiem bo samo centrum, zero miejsc do parkowania ale o 9:05 byliśmy juz w klinice, tam czekaliśmy do 09:20 na panie, które z nami miały przeprowadzić rozmowę. Rozmowa trwała około 1,5 godziny i niewiele z miej wynikło, tylko tyle, ze nie mogą wykluczyć autyzmu ale i nie mogą go potwierdzić, zwłaszcza, ze mała nie bardzo chciała ostatnio współpracowac i nie wszystkie testy dało sie z nią przeprowadzić, wiec wszystko bazuje na podstawie naszych obserwacji, tego co psycholog zaobserwowała u małej zarówno w grupie jak i indywidualnie. Postawiono diagnozę dotyczącą dość mocnych lęków separacyjnych i podejrzenia autyzmu. Zalecono nam wiecej terapii związanej z mowa ale nie ma ona dotyczyć rozwoju słownictwa, tylko jakby zmuszania małej do kontaktu wzrokowego, którego lubi uńikac i tego aby wchodziła ona w interakcje. Panie podejrzewają, ze byc może Tusia woli zajmować sie sobą bo czuje sie niepewnie w komunikacji z innymi dziećmi. Poki co mamy odczekać co przyniesie terapia i za rok bedzie mozna mała znow w kierunku autyzmu testować. Polecono mi pojawianie sie na terapii małej raz w miesiącu. Jutro w przedszkolu spytam pań co i jak.

dzisiaj zabrałam sie za produkcje domowych przetworów. zrobilam ketchup i pasztecik bo te dwa produkty schodzą u nas bardzo szybko. Wiadomo, ze sklepowe produkty do najzdrowszych nie nalezą z powodu wielu konserwantów i ulepszaczy smaku a ja bym chciała moja rodzinkę zdrowo odżywiać.

przepis na ketchup znalazłam tutaj i trochę go zmodyfikowałam bo dodałam przetarte pomidory i paprykę ze słoika, nie dodawałam xylolitu, to dla nie wtajemniczonych cukier brzozowy.  Żeby ketchup zgęstniał dodałam na oko maki ziemniaczanej. O tym triku przeczytałam tutaj i mam w planie następnym razem wykorzystać ten przepis.

Pasztecik powstał z tego przepisu. zmielilam ugotowane ok 380 g wątróbki i koło 1-1,5 kg mięsa drobiowego, zmieszałam z wywarem, w którym gotowało sie mięso. Co ważne oba mięsa musza byc gotowane oddzielnie. Gdy masa zrobi sie rzadka, dodałam kasze manna, 5 jajek i przyprawy.

zblizaja sie święta….. W tym roku spędzimy je po rocznej przerwie znowu w Polsce :) nie ma to jednak jak święta w rodzinnym kraju … Z racji, że uwielbiam dawać ręcznie wykonane prezenty, czas powoli zabierać się do pracy :) wczoraj przyszedł mi do głowy pomysł wykonania ręcznie robionych mydełek :)

przepis, dość prosty znalazłam tutaj i zaraz zabrałam się do pracy bo choć wykonanie mydełka nie trwa długo, to jednak musi ono trochę „poleżakować”, około 2-4 tygodni.

Póki co zrobiłam na próbę jedno mydełko. Starłam na tarce małe mydełko Dove (zielone), wiórki w miseczce poszły do kąpieli wodnej, dodałam trochę oleju kokosowego, kilka ususzonymi kwiatów lawendy i płatki owsiane, gdyż chciałam żeby to było mydełko peelingujące. Wiórki się rozpuściły, powstała dość gęsta masa, zdjęłam ją z ognia, lekko ostudziłam i włożyłam do foremki po mydełku (okrągłej). Teraz czekam aż mydełko po leżakowaniu ładnie wyjdzie z formy. Jutro jadę do sklepu dla plastyków i może skuszę sie na zakup masy glicerynowej żeby zrobic wiecej mydełek na świąteczne prezenty w rodzinie. Pierwsze mydełko  będzie drobnym upominkiem dla wychowawczyni Fikaczka:)

w zeszłym tygodniu przyszła, standardowo po miesiącu, opinia na temat Tusi Z centrum dziecka w Monachium, gdzie byłyśmy 16. Pazdziernika. W diagnozach napisano prawie to co zawsze czyli, ze ma lekkie opóznienie rozwoju, zwłaszcza w mowie, wymieniono tam tez, że są wychwycone błędy gramatyczne przy dwojezyczności, podejrzenie o wczesnodzieciecy autyzm, ze mała ma napady buntu, ze występują u niej poważne socjalne ograniczenia i są potrzebne specjalne działania na poziomie 5. Czytając to włos mi sie jeżył na głowie, głownie z powodu diagnozy podejrzenia autyzmu. W piśmie dalej stwierdOno, ze bedą czekać na opinie z kliniki, w której mała była szczegółowo badana pod katem autyzmu, wyniki maja przyjść na dniach. Wówczas, w zależności od tego co tam stwierdza,centrum dziecka w Monachium podejmie dalsze kroki. Prawdopodobnie bede musiała z mała dwa tygodnie spędzić tam na oddziale dla dzieci i rodziców i bede uczona jak najlepiej z mała postępować. Kilka dni po otrzmaniu tej opinii, dostałam telefon w sprawie terminu w klinice badającej autyzm. Termin wyznaczono nam na 26.11 na 9:00 w Monachium.

dzisiaj króciutko o specjalne kulinarnym z okazji wczorajszego dnia świetego Marcina. Pierwszy raz zabrałam sie za ten specjał. Przepis znalazłam tutaj: http://kuchnia.ofeminin.pl/przepisy/przepis_rogale-marcinskie_201003.aspx.

niestety nie wyszły mi jak z obrazka ale byly smaczne:) nie dodawałam białego maku bo oczywiscie w Niemczech nie mam pojęcia gdzie takie cos dostać, w ogóle to nie wiedziałam, ze cos takiego istnieje ;) pewnie jakbym poszukała w sklepach ze zdrowa żywnością, znalazłoby się ale takie sklepy mam daleko a pozatym nie był to moim zdaniem aż taki ważny składnik. Ostatecznie rogale były tylko z masa marcepanowa (dałam całe opakowanie), makiem i odrobina mleka bo jak na złość nie miałam w domu śmietany :) z racji, ze nie miałam za duO czasu na przygotowanie rogali (przyznam niezwykle pracochłonne są, piecze sie na drugi dzien dopiero) wiec w pośpiechu wstawiłam niewyróżnianie rogale d piekarnika a one miały 1,5 h jeszcze w ciepłym miejscu wyrosnąć ….. No nic, zjadliwe były. Zostało mi jeszcze trochę ciasta, to może dziś mi pójdzie trochę lepiej.

Witam znów po dłuższej przerwie spowodowanej infekcją wirusową, która mnie dopadła ponad tydzień temu i jeszcze sie z nią zmagam…. Akurat choróbsko mnie zaczęło łapać przed weekendem, zdążyłam pójść z córką (bo też ją łapał. Już kaszel) do lekarki, też miałam szczęście bo był to ostatni jej dzień dyżuru przed urlopem. Wykupiłam leki, obyło sie bez antybiotyku, zawiadomiłam mamę Tageskind, które do mnie przychodzi, że najwcześniej we wtorek może małą do mnie przyprowadzić. W sobotę na kilka dni przyjechali do nas w odwiedziny moi rodzice bo juz sie stęsknili za dzieciakami. Przy okazji trochę sie mogłam kurować domowymi sokami malinowymi, które przywieźli. Tusia miała cały tydzień chodzić do przedszkola, bo była zgłoszona na ferie, Fikacz za to miał cały tydzień wolne od szkoły. Z racji, ze rodzice juz w środę wracali do Polski to mała do wtorku została w domu. W środę pojechała juz do przedszkola, ja „odrobiłam” dwa dni choroby i Tageskind przyszLO od środy do piątku. W środę jeszcze zaliczyliśmy wizytę u dziecięcego dentysty. Wybraliśmy tego z racji puszczania dzieciom bajeczek na fotelu dentystycznym :) Tusia niechętnie otwiera buzię żeby pokazać ząbki, ale dała sie namówić…. Fiki jako pierwszy siadł na fotelu i pani mu pokazywała jak ma czyścić żeby, potem pokryła mu żabki czerwona substancja bo mowila, ze ma trochę problemu z płytka nazębna. Okazało sie, ze niedokładnie czyścił zęby – było to widać w miejscach gdzie żeby były bardziej czerwone. Pieczątki i nagrody odebrane i mogliśmy wracać do domu :)

w czwartek Tusia z przedszkolem jechała na wycieczkę do zoo a w piątek musiałam ja odebrać juz o 12:45 z przedszkola bo zajęcia kończyły sie dużo wcześniej a ja musiałam na 13 Fikiego do logopedy zawieźć. Po zajęciach oczywiscie trening piłki nożnej (ostatni na dworze) a potem po męża musieliśmy jechać do pracy żeby go na 17:30 zawieźć do dentysty na kontrole. Potem wreszcie do domu i jak co rok w Halloween robiliśmy lampion z dyni :) w tym roku po raz pierwszy ktoś do nas zadzwonił mówiąc „cukierek albo psikus!”. Na szczęście było to tylko raz …. Na szczęście ten komercyjny zwyczaj tutaj jeszcze sie tak bardzo nie przyjął :)


  • RSS