Witam po nieco dłuższej przerwie spowodowanej rekonwalescencja po przebytej w zeszły poniedziałek laparoskopii. Zabieg wykonywał ginekolog, do którego od niedawna chodzę bo mam go, że tak powiem na miejcu – rowerkiem ok 10 minut jazdy. Operacja wiązała się trochę z logistycznym planowaniem co z dziećmi (przedszkole,szkoła) bo na 7:00 już musiałam być w klinice. W końcu córka nie pojechała busem do przedszkola (bus jet pod dommem o 6:45…) i mąż po odwiezieniu syna do szkoły został z nią w domu i czekał na telefon ze szpitala kiedy będzie mógł mnie odebrać. Dopiero koło 8:30 zabrali mnie na salę i dostałam kroplówkę (uzupełnienie elektrolitów) i gdy zwolniła się sala (ok. 10 minut czekania) zawieziono mnie i zaczęły się przygotowania do pełnej narkozy. Podszedł anestezjolog, z którym tydzień przed operacją miałam rozmowę o narkozie i uspokajał, że wzyscy będą uważać na mnie i zaczyna dożylnie wpuzczać narkozę. Od razu pomimo leżenia, zrobiło mi się lekko słabo i przed oczami zaczęło migać,zamknęłam oczy….Potem przez maskę kilka wdechów i odpłynęłam:) Oudziłam się w tzw. „poczekalni” gdzie przebywa się pod obserwacją po narkozie a potem znów w swojej sali. Operacja nie trwała podobno długo. Ginekolog przyszedł po zabiegu krótko i powiedział, że musiał usunąć jedynie mały zrost, który pewnie pojawił się u mnie po podobnej operacji w 2009 roku… Dopiero koło 14:30 anestezjolog powiedział, że mogę do domu i zadzwonili po męża. Myślałam, że bez problemu wstanę z łóżka (siedziałam bez problemu) ale jak siostra kazała mi wstać, to zrobiłam się blada i zrobiło mi się niedobrze, mąż wołał siostrę. Nietety pierwzy raz zdarzyło mi się zwrócić po narkozie ale siostra zapewniała, że nie ja jedna:P Nie mogłam jednak opuścić szpitala w takim stanie i podłączono mi kroplówkę a mąż przyniósł kawę na poprawę krążenia. Powoli poszłam do toalety z nakazem od siostry, że mam dużo ziewać żeby się dobrze dotlenić. Niestety syna musiała odebrać moja znajoma z tenisa bo nie zdążylibyśmy. Cały tydzień odpoczywałam tzn. jedynie nie przychodziło Tageskind ale odbierać syna ze szkoły na piechotę musiałam:) Na szczęście dzień po operacji było już dużo lepiej. Trening tenisa też odpadł ale w niedzielę musiałam już grać w drużynowym meczu bo nie mieliśmy żadnego zastęptwa za mnie, nie wspominając, że ledwo nas się piątka zebrała a od tego sezonu musi nas być szóstka. Tak więc bez treningu i jakiegokolwiek przygotowania (nie biegałam i nie jeździłam na rowerze bo się bałam o ranę po zabiegu) poszłam grać. Szło mi o dziwo nieźle i nie forsowałam się zbytnio ale też trzeba przyznać, że moja przeciwniczka popełniała dużo błędów a ja łatwo zdobywałam punkty returnując ją. Niestety grałam w cieple i po drugim secie rana zaczęła szczypać i ciągnąć, pewnie też przestała działać tabletka przeciwbólowa, dodatkowo nic nie wychodziło i po pierwszym wygranym secie 6:2, gładko przegrałam 6:0 i przede mną był decydujący super tie-break (do 10 wygranych punktów). Tutaj walczyłam ale niestety przegrałam 8:10 („o włos”). Po pięciu singlach było 3:2 dla przeciwniczek (zaczęliśmy od straty 1 punktu bo koleżanka oddała walkowera z powodu grypy). Na szczęście sytuacje uratował ostatni singiel i był remis. Potrzebowałyśmy dwóch wygranych debli. Na szczęście koleżanka, która nie grała singla pozbierała się i grała debla abyśmy nie oddawali bez walki punktu. Ja zostałam przydzielona do 1. debla i grałam pierwszy raz w parze z naszą numer 1. Śmiałyśmy się, że jesteśmy 2 pooperacyjne sieroty bo ja po operacji brzucha a koleżanka po leczeniu kanałowym zęba i też na środkach przeciwólowych. Zaczęło się dla nas niezbyt wesoło bo na dzień dobry przegrywałyśy 3:0 …. Potem podjęłyśmy walkę a nie było nic za darmo bo grałyśmy z 1. i 2. i to z wyższymi klasami. W końcu po zaciętej walce wygrałyśmy 7:5. Drugi set po równie zaciętym boju zakończył się naszym zwycięstwem, również 7:5. Po wygranej dowiedziałyśmy się, że dzięki nam wygrałyśmy mecz bo jeden z debli po 3 setach przegrał, skończył grę krótko przed nami. Po 3 meczach drużynowych trochę przerwy i kolejny wyjazd w połowie czerwca w okolice Bodensee…. Póki co jesteśmy jedyną drużyną w grupie z 3 zwycięstwami. W zeszły weekend w Dzień Matki (w Niemczech) wygrałyśmy na wyjeździe. Z racji, że korty były pięknie położone w górach, wybrałam się na mecz z całą rodzinką nie wyłączając naszego wiernego Mailo :)