mamawniemczech blog

Na moim blogu opisuję codzienne życie mamy w Niemczech. Jestem dumną mamą chłopca i dziewczynki. Serdecznie zapraszam na mojego bloga! Komentarze mile widziane!

Wpisy z okresu: 8.2016

Dzisiaj znów miałam wizytę na gimnastyce korekcyjnej a dokładnie miałam masowany dziś kark. Odkąd miesiąc temu skończył się dla mnie sezon tenisowy (drużynowo) to od tego czasu męczę się z bólem pleców (szczególnie, bo tak to pobolewanie w dole pleców mam już ładnych parę lat) i ścięgnem Achillesa – zerwałam je w obu nogach po ostatnim meczu drużynowym …. Problem polega na tym, że masaże i gimnastyka (6 razy na 1 receptę) niewiele przynoszą a jestem już po 5 sesjach …. Dodatkowo na początku września pojechałam aż do Monachium, do ortopedów, których poleciła mi koleżanka z drużyny a tam …. rozczarowanie :/ Dojazd zajął mi więcej niż pobyt w przychodni ale pokolei… Zrobiono mi rentgen całego kręgosłupa i czekałam dobre 15 minut aż się w końcu pojawi lekarz …. Obejrzał zdjęcie, kazał mi stanąć bez koszulki i stwierdził, że powinnam robić tylko gimnastykę :D Super, właśnie miałam ją zamiar zacząć (wcześniej mimo recepty nie szłam bo co chwilę miałam mecze więc granie „popsułoby” to co gimnastyka naprawiła … Świetnie, jechałam na darmo bo gimnastyki takie robię przynajmniej kilka razy w roku a plecy jak bolały tak bolą – co rano jak wstaję, to czuję na dole ból pleców, jakbym dzień wcześniej dźwigała ciężary :( U ortopedów niedaleko nas byłam kilka miesięcy temu z tego samego powodu i tam przynajmniej się dowiedziałam, że końcowy odcinek kręgosłupa mam lekko skręcony (prawdopodobnie o wielu lat grania w tenisa:/ tenis jest bardzo jednostronną grą). Jutro idę do lekarki po nową receptę za masaże/ćwiczenia i porozmawiać o tak zwanym Reha Sport – podobno 50 zajęć i to wszelkiego rodzaju – techniki relaksacyjne, gimnastyka, masaże ….. Zobaczymy, coś muszę zrobić bo zwariuje! Grać w tenisa już wiem, że muszę mniej, problem polega na tym, że mi ‚szkodzi” sezon czyli rozegranie od maja do lipca 7-8 meczy drużynowych czyli w sumie 14-16 pojedynków (7-8 meczy singlowych i tyle samo deblowych, bardzo często są to mecze zacięte i niestety w wielkic upałach…). Jakby tego było mało, odzywają się moje żylaki, które się też z tenisem nie lubią:/ W przyszłym tygodniu czeka mnie wizyta w klinice, mam nadzieję, że będę się nadawać do (nieinwazyjnej) operacji. W sumie jestem obciążona dziedzicznie żylakami – moja babcia i siostry mojego taty miały, obie siostry były też na nie operowane.

Dzisiaj obiecana fotorelacja z postępów w budowie obiecanego w maju dzieciakom domku ogrodowego z palet. Wstyd się przyznać ale dopiero tydzień temu go w końcu skończyliśmy a dokładnie przykręciliśmy z mężem ostatnie 4 płyty na dach:) Nie powiem, budowa daszku była najbardziej męcząca :P

domek gotowy

 

domek wew

urzadzenie domku

 

 

Niestety zdjęcie wstawiło mi się nie tak ale mam nadzieję, że widać efekt końcowy. Domek jest z palet (ściany) i płyt (dach). Jedną małą paletę pomalowałam różowym lakierem do drewna (dla córci), z przodu są 2 „skrzynki” na kwiaty (posiane).

Wszystkie palety zostały najpierw wyszlifowane i pomalowane preparatami ochronnymi. W Baumarakcie kupiłam metalowe uchwyty do połączenia palet oraz do zbudowania daszku.

metale

metale2 metale3 metale4

 

metale3

 

metale4

Mija kolejny dzień mojego „urlopu” od dzieci więc korzystam póki mogę, z tej okazji wybrałam się na kawę i pogaduchy do koleżanki:) Przy okazji małe zakupy bo coś dobrego na obiad trzeba ugotować a odkąd staramy się odżywiać bardziej zdrowo (próbuję wprowadzać dietę Novaka Djokovica z jego książki „Serwuj aby wygrać”) zakupy zajmują trochę więcej czasu:P Wiadomo, że bez dzieci zakupy są łatwiejsze, więc tym bardziej trzeba to wykorzystać:) Dzisiaj natomiast na obiadek wymyśliłam pieczone udka z kurczaka (akurat miałam je rozmrożone bo rozmrażałam zamrażarkę), przepis zaczerpnęłam akurat z Internetu bo aż tak restrykcyjnie diety nie przestrzegam, bez przesady:P

Przepis znalazłam tutaj i muszę przyznać, że wyszło pysznie – mięsko było lekko przypieczone, miękkie i co najważniejsze NIE gumiaste, czego najbardziej nie lubi mój mąż:) Do przepisu dodałam troszkę swoich przypraw – przede wszystkim duuuużo zdrowej kurkumy (działanie antyrakowe), trochę majeranku i indyjskiej przyprawy do kurczaka. Kurkuma prawdopodobnie wpłynęła na to, że mięsko było pysznie mięciutkie, trick ten wykorzystuję bardzo często w kuchni, nawet jak podsmażam cebulkę – sprawdza się!

Wieczorem pierwsza gimnastyka korekcyjna zapisana przez lekarkę na moje obolałe po meczach przeciążone plecy i relaks przy filmie….

U nas wakacje zaczęły się dopiero 30 lipca, wtedy też ruszyliśmy na tygodniowe wakacje do położonego niedaleko Poznania Zaniemyśla. Nasz syn miał w okolicach obóz piłkarski, którego ofertę znalazłam z mamą w Internecie. Prowadzi go kadra trenerów z akademi sportowej Sportujmy.pl z Poznania. Obozy odbywają się w całej Polsce oraz zagranicą, np. w Hiszpani i termin obozu w Dolsku był idealny, bo właśnie zaczynał się z końcem lipca. W sobotę rano spakowani, ruszyliśmy i tu już pierwsza niemiła niespodzianka – z okaji rozpoczynających się ferii ceny benzyny od razu w górę – z 1,20 Euro na 1,40 Euro, nie wspominając o 10 km korku do granicy we Frankfurcie nad Menem oraz kilku zwężeniach na Berliner Ring (zapewne z okazji ŚDM). Trasę 700 km jechaliśmy nie 7 a 11 godzin …. Jakby tego było mało, w naszej miejscowości odbywały się coroczne „Bitwy morskie” i nie dość, że nie było gdzie zaparkować bo chyba cała Polska się tam zjechała, to jeszcze ulica, gdzie był nasz nocleg została zamknięta i kręciliśmy się dobre 15 minut żeby się móc zatrzymać i z bagażami podejść do hotelu, gdzie czekali na nas moi rodzice. No cóż, Zaniemyśl może nie przywitał nas najlepiej ale spędziliśmy tam miło tygodniowy urlop. Koło 23:00 był piękny pokaz sztucznych ogni, który mogliśmy podziwiać z naszego balkonu. Dzieciaki a zwłaszcza syn wreszcie miały okazję zobaczyć, bo zazwyczaj w Sylwestra nie dało się ich obudzić:)

Wyspa Edwarda na Jeziorze w Zaniemyślu

wyspa edwarda

W niedzielę, po przyjeździe, odstawiliśmy syna na obóz. Trochę się nam rozkleił jak rozdzielali pokoje ale jak zobaczył telewizję w pokoju, to mu się humor poprawił. Pożegnaliśmy się z nim i wróciliśmy do córki i taty. Podczas tygodniowego pobytu udało mi się wybrać do fryzjera i zrobić pierwsze w życiu ombre. Też śmieszna sytuacja, bo 3 fryzjerów w Zaniemyślu a żaden nie miał terminu (zapisy 3 tygodnie do przodu) a w pobliskim Śremie, to dopiero za 4 razem, udało nam się zaklepać wizytę. Jeden umer, chyba musiał być pomyłką bo pan, który odebrał, chyba robił sobie żarty po powiedział, że jest fryzjerem a kiedy zapytałyśmy czy można przyjść nałożyć sobie farbę, powiedział, że nie umie :)

W jeden dzień z mężem i córcią wybraliśmy się autobusem pozwiedzać Poznań i zobaczyć słynne koziołki na Ratuszu, które o 12:00 się trykają. Jazda autobusem to dla naszych dzieci wielka atrakcja, więc oczywiście kupiliśmy bilety i udaliśmy się na przystanek który notabene był także w bliskiej okolicy naszej willi:) Jazda trwała godzinę, później kupiliśmy sobie bilety na cały dzień na tramwaje i autobusy w Poznaniu i ruszyliśmy w kierunku Rynku. Udało nam się w ostatniej chwili na koziołki, bo już grano hejnał kiedy biegliśmy uliczką koło Rynku. Sam pokaz może trochę dzieci rozczarować i tak też trochę było w przypadku naszej córki bo zaraz się rozglądała za balonami na straganach:)

ratusz

 

kamienice

Porobiliśmy sobie trochę zdjęć i w jednym ze sklepów z pamiątkami, kupiłam mojego pierwszego w życiu rogala świętomarcińskiego z białym makiem. Pycha ale cena niezła – mimo, że nie ma „gorącego okresu” (listopad, św. Marcina), to cena 7 PLN nie powiem, żeby była mała ale był naprawdę dobry, zaliczone :)

Później poszliśmy na Wroniecką gdzie pod numerem 17 można było posłuchać legen poznańskich i wejść w świat 6 D oraz poznać trochę poznańskiej gwary. Wstęp 15 PLN od osoby, weszłam tylko z córką, ubrałyśmy specjalne okulary, każda dostała magiczną pieczątkę, która zniknie po wyjściu. Przemieszczaliśmy się z pomieszczenia do pomieszczenia (jak w labiryncie) i naszym zadaniem zawsze było rozejrzeć się gdzie znajdują się kolejne drzwi oraz zapoznać się z eksponatami a dopiero później mogliśmy gdy byliśmy już gotowi, włączyć legendy na ipadzie. Po ich wysłuchaniu nagle pojawiała się pani i pytała najmłodszych co zapamiętali z legendy, fajna sprawa.

 

blubry

Wychodząc z Rynku dwiedziliśmy odrestaurowany zamek księcia Przemysła, który akurat tego dnia był ogólnie dostępny więc skorzystaliśmy i wjechaliśmy na wieżę widokową.

zamek

Później wszyscy zgłodnieli, pogoda zaczęła się też psuć i pojechaliśmy do wyszukanej przeze mnie w Internecie pizzerii „Frontiera” na Szewskiej. Z początku ją przeoczyliśmy ale dość szybko się zorientowaliśmy, polecam, jest tam pizza mająca 46 cm średnicy i naprawdę pyszna. Niestety nasza córka była baaardzo głodna i jedna taka duża pizza na nas troje nie starczyła, więc zamówiliśmy nieco mniejszą dodatkowo. Za obiad – 2 pizze i napoje wyszło dokładnie 50 pln ale naprawdę było smacznie :)

Na koniec ruszyliśmy na Ostrów Tumski – historyczną dzielnicę Poznania związaną z Mieszkiem I i Bolesławem Chrobrym, tam powstała kolebka Państwa Polskiego. Niedaleko katedry, w której są pochowani królowie, znajduje się bardzo ciekawe dla dzieci muzeum Brama Poznania ICHOT. W muzeum tym dzieciaki mogą naprawdę poczuć czym jest historia – przygotowano dla nich wiele sal edukacyjnych dla dzieci, w których na przykład mogły dotykać eksponatów, czy pojawiać się w makietach. Polecam, naprawdę warto!!!!! Później już musieliśmy powoli wracać na powrotny autobus do Zaniemyśla.

 

Brama Poznan ostrow studnia2

 

 

Po wycieczce do Poznania, przyszedł czas odwiedzić dawno nie widzianą rodzinkę która mieszka w okolicy. Z racji, że postanowiliśmy wracać do Niemiec już w sobotę a nie w niedzielę jak planowaliśmy i tam rzenocować przed powrotem do domu(przez długą podróż do Polski), odwiedziliśmy z mamą moją kuzynkę i jej córki oraz kuzynostwo i wujostwo mojej mamy. Wreszcie mogłam zobaczyć jak moja dawno nie widziana kuznka mieszka i poznać jej męża, trochę pogadać :)

Ostatnie dni spędziliśmy na zwiedzaniu pobliskiej miejscowości Kórnik – zwiedziliśmy zamek, gdzie podobno straszy słynna Biała Dama, obejrzeliśmy leżące przy zamku arboretum z wieloma gatunkami starych drzew,wśród nich także gruszki na wierzbie:P Na koniec wybraliśmy się w rej statkiem po Jeziorze Kórnickim i zatrzymaliśmy się na pysznej rybce w „Tawernie pod żeglami”. Sola była przednia :)

 

Zamek kórnicki („Białej” damy)

zamek bialej damy

 

W ostatni dzień pobytu niestety pogoda od rana była kapryśna ale pomimo deszczu wybraliśmy się do Puszczykowa. Tam zwiedziliśmy Muzeum Arkadego Fiedlera – słynnego podróżnika i autora książki „Dywizjon 303″. Bardzo zależało mi zobaczyć centrum tenisowe „Angie”, które w Puszczykowie wybudował dla  słynnej tenisistki Angelique Kerber jej dziadek. Angelique mieszka i trenuje w Puszczykowie, niestety tym razem była na olimpiadzie w Rio więc nie miałam szczęścia jej spotkać, może za rok:P Wynajęliśmy na pół godziny kort i trochę poodbijałam z córeczką. Później krótki postój przy pałacu w Rogalinie ale deszcz nie zachęcał do spacerów, więc wróciliśmy do Zaniemyśla i w przytulnej restauracji „Pozytywka” zjedliśmy dobre pierogi i policzki wieprzowe:) Córka mogła pobawić się piętro wyżej w bawialni.

 

W Puszczykowie w centrum tenisowym

autograf puchary angie

Wieczorem oderaliśmy syna z obozu (nieco wcześniej, bo oficjalnie miał koniec obozu w sobotę) i wróciliśmy do Zaniemyśla. Rano pozbieraliśmy się dość szybko i ruszyliśmy do domu a dzieciaki zostały z dziadkami i jeszcze raz pojechali odwiedzić rodzinkę i przenocować.

Ach wszystko co miłe, tak szybko mija ….


  • RSS