mamawniemczech blog

Na moim blogu opisuję codzienne życie mamy w Niemczech. Jestem dumną mamą chłopca i dziewczynki. Serdecznie zapraszam na mojego bloga! Komentarze mile widziane!

Wpisy w kategorii: Bez kategorii

Robiąc z córką ostatnio ozdobny, tekturowy domek dla ptaszków znalazłam opis krok po kroku jak zrobić budkę lęgową dl przylatujących do naszego ogródka sikorek. W wolnej chwili może mąż zrobi z dzieciakami :)

http://ptasieogrody.pl/wiki/Wymiary_budki_dla_sikorek_typu_A

 

Budka typu A dla sikorek – wymiary

 


Oto strona dla majesterkowiczów. Rozebrałem i zwymiarowałem najbardziej uniwersalną budkę lęgową typu A (dla sikorek). Pomiary przedstawiono w centymetrach. Deski sosnowe mają grubość 2cm. Budki tego typu zostały przeze mnie przetestowane w badaniach naukowych (w sumie 160 budek) – sprawdzają się znakomicie.

 

 

Wymiary budki A podane w cm

Opis elementów:

A – ścianka przednia zewnętrzna(front) z nacięciem na zamek gwoździowy

B – ścianka tylna (15,1 powinno być 15cm)

C – dwie ścianki boczne

D – daszek

E – podłoga (10,5 powinno być 11cm)

F – ścianka przednia wewnętrzna

G – listwa mocująca

H – kominek wlotowy przedłużający korytarz wejściowy o kolejne 2 cm.

I – listwa mocująca do mocowania budki na drzewie

 

Średnica otworu: 3,5 dla wróbla; 3,3cm dla bogatki, mazurka innych sikor ; 2,7 tylko dla małych sikor (bez bogatki i mazurka)

 

Poszczególne etapy skręcania lub zbijania budki. Polecam gwoździe 5cm kub wkręty czarne 4,5 cm.

  • 1 zacznij od ściany tylnej bocznych oraz podłogi

  • 2 zbij ścianę przednia i dopasuj do listwy G

  • 3 przymocuj listwę mocującą oraz wykonaj nacięcie gwóźdź zamykający w ściance przedniej

  • gotowa skrzynka z zamknięciem

Moje maluchy uwielbiają wszelkie prace plastyczne, nie wspominając o eksperymentach (o tym pisałam w poprzednich postach, zapraszam do lektury 
http://mamawniemczech.blog.pl/2017/03/15/hodowla-krysztalow/
), dlatego zawsze przeglądamy Internet w poszukiwaniu nowych projektów. Córka bardzo lubi obecnie ptaszki, sowy i zobaczyła ostatnio podświetlany domek dla ptaszków i zakochała się w nim, „Mamoooo proszę zróbmy takie coś!” Nie pozostało mi nic innego, jak poszukać gdzieś jak takie cudeńko wykonać krok po kroku. Odkryłam taką stronkę 
http://czasnawnetrze.pl/zrob-to-sam/inne-techniki-dekoracyjne/14660-dekoracja-domek-dla-ptaszkow
 i popróbowałam sama jakoś podziałać. Oczywiście nasz domek nie wyglądał na koniec tak jak ten ze stronki bo nie posiadałam niestety jakiegoś (niezbędnego zapewnie!) kleju Vikol. Córka gdzieś natrafiła na lampkę w kształcie domku dla ptaszków z podwójnym wejściem, więc bardzo chciała żebym podobny domek jej wyczarowała. A więc wzięłam kawałek kartonu (dokładnie oderwałam część z jakiegoś pudełka, w którym coś zamówiliśmy, zawsze mamy furę kartonów bo dużo zamawiamy online a także próbujemy sprzedawać online:P), narysowałam 4 elementy domku (szerokość 10 cm, po bokach po 15 cm), wycięłam. Następnie odrysowałam je na ozdobym papierze i przykleiłam za pomocą gorącego kleju. Gotowe :) A ile radości dla dziecka ;) Kupimy później elektryczne „płomyczki” i wstawimy do domku – super dekoracja :)

A tak prezentuje się nasz domek

IMG_3129

Przed nami I Komunia Święta synka … W Niemczech odbywa się to trochę inaczej niż w Polsce, przede wszystkim nie ma żadnego odpytywania dzieci z modlitw i przykazań na wyrywki :P Rodzice zapisują dzieci na uroczystość Komunii w kościele (na próżno oczekiwać jakiegoś pisma od katechety szkolnego czy się chce zapisać dziecko czy nie), nasz ksiądz uważa, że jeśli jest to uroczystość kościelna, to zaczyna i kończy się w kościele, włączając w to już zapisy. W październiku każdy rodzic otrzymał na spotkaniu informacyjnym listę terminów, głównie były to terminy ważniejszych mszy świętych, na które należy przyjść z dzieckiem oraz terminy 3 większych spotkań tzw Bibeltag (dni Biblii), gdzie przez kilka godzin dzieciom czyta się historię biblijne, rozwiązują one różne quizy biblijne, poznają miejsca ważne w kościele, poruszany jest temat 1 spowiedzi … Oprócz tego rodzice dzieci pierwszokomunijnych są podzieleni na grupy i spotykają się z księdzem, zastanawiają się wspólnie czemu często się dzieje tak, że dzieci przystępują do I Komunii, ewentualnie jeszcze do bierzmowania a później jakoś omijają kościół. Rozmawia się także o swojej Komunii i pierwszej spowiedzi, jak się ją wspomina i jak przebiegały spotkania. Wczoraj miało miejsce właśnie 2 Bibeltag, na który także się zgłosiłam do pomocy, jednak z powodu przeziębienia, musiałam odwołać obecność. Dzieciom czytano wczoraj historię o dobrym pasterzu, który zostawił swoje 99 owiec i poszedł szukać jednej, zaginionej. Rozmawiano też z dziećmi o pierwszej spowiedzi i przytoczono opowiadanie o dziewczynce, która przed wyjściem ze szkoły pokłóciła się z mamą, w szkole krzyczała na inną dziewczynkę i pokazała jej język. Pod koniec dnia jednak czuła, że nie postąpiła słusznie. Dzieci miały się zastanowić, jak można naprawić to co zrobiła. Całe spotkanie trwało od 9 do 12:00, z małą przerwą śniadaniową. Kolejne, dłuższe spotkania, ma odbyć się pod koniec kwietnia. Wówczas dzieci mogą wspólnie z rodzicami wykonać swoje własne świece pierwszokomunijne. Odbędzie się także kościelny quiz z różnymi stacjami, które należy z dzieckiem zaliczyć. Już teraz stworzono listy, na które mogli się wpisywać rodzice aby pomóc w przygotowaniu tego dnia, gdyż ksiądz zawsze podkreśla, że tylko z pomocą rodziców można zorganizować spotkania. Poprzednio zgłosiło się zbyt mało chętnych do pomocy rodziców i jeden Bibeltag musiał być skrócony. W zeszły wtorek na spotkanie informacyjne  przyszło za to sporo pomocników :) Od razu utworzono listę na spotkanie na 29 kwietnia. Tam zgłosiłam się jednak na upieczenie ciasta dla dzieci. Mam w planie upieczenie ciasta w formie koszulki (alby) i udekorowania jej symbolami religijnymi lub na próbę upiekę ciasto w formie książki.

Póki co znalazłam ciekawy przepis na ciasto (biszkopt) przekładane czekoladą i konfiturą

http://www.slodkiefantazje.pl/przepisy/3078/tort-komunijny-w-ksztalcie-ksiegi?AspxAutoDetectCookieSupport=1

Przyg: 120 minPieczenie: 40 min
Średni
 Porcje: 20

Kolejny tort przygotowywany w ramach akcji „Pieczemy tort komunijny”. Akcję jak już wiecie prowadzę razem ze sklepem ZlotyAniol.pl, z którego pochodzą wszelkie dodatki użyte do zdjęć, na czele z opłatkiem, serwetkami, etc.

Tym razem tort w kształcie księgi. Przyznam szczerzę, że trochę się go obawiałam, ale okazało się, że zupełnie niepotrzebnie. Jeśli tylko prace rozłożymy sobie na poszczególne etapy (wcześniejsze przygotowanie kremu, upieczenie biszkopta, etc.) całość pójdzie nam dość sprawnie i stosunkowo szybko. Samo dekorowanie to już formalność.

Jeśli chodzi o smak, to postawiłam na klasyczny biszkopt, przełożony konfiturą z malin i puszystym kremem czekoladowym na bazie śmietanki. Wierzch to krem na bazie serka mascarpone i śmietanki kremówki wzbogacony o ulubiony aromat. Taki krem idealnie sprawdza się do dekoracji (są trwalsze niż te na bazie samej śmietanki kremówki) i nie musimy dodawać żadnych śmietan-fixów czy żelatyny).

Gorąco polecam!

Sposób przygotowania

Krem czekoladowy (dzień wcześniej):*

Czekoladę drobno posiekać. Podgrzać śmietankę do momentu aż zacznie wrzeć, zdjąć z ognia. Do gorącej śmietanki dodać czekoladę i pozostawić na kilka minut, by dobrze się rozpuściła. Po kilku minutach dokładnie wymieszać. Jeśli cała czekolada się nie rozpuściła, garnek ze śmietanką wstawić na mały ogień i mieszając rozpuścić dokładnie bryłki czekolady. Śmietankę wystudzić, wstawić do lodówki na cala noc, żeby mocno się schłodziła. Gotową, mocno schłodzoną masę czekoladową ubić na sztywny, puszysty krem, ponownie wstawić do lodówki/

*Masę czekoladową zamiast w lodówce można schłodzić w zamrażalniku, wtedy wystarczy kilka godzin (tą metodą można więc przygotować krem tego samego dnia).

Biszkopt:

Cukier i obie mąki podzielić na trzy równe części. Jajka podzielić po 3 sztuki.

Trzy białka wbić do miski (żółtka odlewamy do kubeczka). Białka ubić na sztywną pianę. Pod koniec ubijania, gdy piana jest już sztywna, stopniowo (po 1-2 łyżki) dodawać 1/3 cukru, cały czas ubijając do wyczerpania cukru (ubita piana powinna być sztywna i lśniąca). Następnie dodawać kolejno żółtka (te trzy odlane do kubeczka), po każdym ubijając około 30 sekund.

Jedną porcje mąki pszennej wymieszać z jedną porcją mąki ziemniaczanej. Przesiać do puszystej masy jajecznej, delikatnie wmieszać do ciasta drewnianą łyżką.

Dno prostokątnej tortownicy o wymiarach ok. 37 x 24 cm wyłożyć papierem do pieczenia. Boków tortownicy niczym nie wykładać i nie smarować. Do formy wlać ciasto przeznaczone na pierwszy blat. Piec w temperaturze 160 – 170ºC około 15-20- minut (do suchego patyczka, uważać, żeby biszkopt się nie spiekł).

Biszkopt po upieczeniu zostawiamy na ok. 10-15 minut w wyłączonym piekarniku z uchylonymi drzwiczkami, po tym czasie ponownie nastawiamy piekarnik. Przestudzony blat wyjąć z formy, ostrym nożem oddzielając boki biszkopta od formy.

Powyższe czynności powtarzamy jeszcze dwukrotnie, ponieważ potrzebujemy trzy blaty.

Można tez upiec jeden biszkopt i przeciąć go na trzy blaty, wtedy biszkopt pieczemy ok. 40 minut.

Poncz:

Herbatę wystudzić, dodać sok z cytryny i ulubiony aromat, wymieszać.

Konfitura:

Konfiturę podgrzać, przetrzeć przez sito.

Całość:

Dolny blat ułożyć na podkładce/dużym prostokątnym talerzu lub paterze, naponczować, na wierzch wyłożyć połowę konfitury, równomiernie rozsmarować, następnie wyłożyć połowę kremu czekoladowego, wierzch wygładzić szpatułką cukierniczą lub łopatką. Wyłożyć następny blat, naponczować go resztą ponczu, wyłożyć konfiturę i resztę kremu, wierzch wygładzić. Wyłożyć górny blat (tego już nie ponczujemy).

Dekoracja:

Serek mascarpone przełożyć do dużej miski, dodać śmietankę kremówkę i ubijać aż masa będzie sztywna i bardzo gęsta. Dodać cukier puder, aromat, wymieszać na wolniejszych obrotach.

Na górnym blacie biszkoptowym zaznaczyć wzdłuż krótszego boku połowę (można to zrobić flamastrem, nożem, nitką, czym Wam wygodnie. Z obu stron wyżłobić wgłębienie, tak by biszkopt miał na środku lekko wklęsły dołeczek jak książka (widać na szkicu i obrazku**). Na wierzchu i bokach tortu rozprowadzić krem, wygładzić szpatułką. Na wierzchu ułożyć krem w ten sposób by wyeksponować wyższe fale (stronice książki), widoczne na obrazku. Nakładamy więc ciut więcej kremu na wypukłe fale, a mniej na środku (tam gdzie biszkopt ma wgłębienie) i brzegach.

Wygładzone boki księgi ozdobić grzebieniem cukierniczym lub zwykłym widelcem zaznaczając na kremie poziomie kreski imitujące stronice książki (paski widoczne na zdjęciu). Na wygładzony wierzch tortu ułożyć prostokątny opłatek A4, dokładnie dociskając go do wgłębienia i wypukłości na wierzchu.

Boczne brzegi księgi (na wierzchu) udekorować rozetkami w kształcie ślimaków (używam tylki cukierniczej  w kształcie dużej gwiazdki – 1M Wilton), dół i górę księgi ozdobić tę samą końcówką robiąc fale. Środek zaznaczyć prosta pionową linią (tą samą końcówką) lub inaczej wg uznania.

I gotowe.  Prawda, że prosto? :)

- See more at: http://www.slodkiefantazje.pl/przepisy/3078/tort-komunijny-w-ksztalcie-ksiegi?AspxAutoDetectCookieSupport=1#sthash.06k0oS3h.dpuf

Pisałam już na moim blogu, że czeka mnie operacja żylaków. Zdecydowałam się ją wykonać w klinice w Regensburgu i mogę się z Wami podzielić wrażeniami. Przede wszystkim muszę zoperować obie nogi, na „pierwszy ogień” poszła lewa, bardziej chora noga (największe, widoczne gulki miałam na wewnętrznej stronie uda i nieco nieżej na łydce). Zdecydowałam się na metodę nieinwazyjną, w moim przypadku były to fale radiowe (po niemiecku Radiofrequenzbliteration, chyba metoda Closure Fast). Termin umówiłam w sierpniu a operację miałam już w październiku a więc szybciutko :) Lekarz mógł wykazać, że wykonanie operacji jest u mnie konieczne, ponieważ jedna z głónych żył nadawała się niestety do usunięcia i dlatego za operację metodą nieinwazyjną nie musiałam płacić (normalnie jeśli chce się nieinwazyjnie, trzeba wyłożyć z własnej kieszeni), dodatkowo moja kasa chorych miała właśnie akurat z tą kliniką podpisaną umowę. Jeśli kogoś interesuje była to klinika Venen Fachpraxis Regensburg na Guenzstrasse 5 w Regensburgu :)

Tydzień przed operacją zadzwoniłam do kliniki spytać o godzinę zabiegu, niestety taka praktyka aha i operują tylko w środy. Z racji, że operację wyznaczono mi na 8:45 i musiał mnie tam ktoś zawieźć i po zabiegu zawieźć do domu (zakaz jazdy autem) a podróż do kliniki zajmuje 45-60 minut, musiałam coś pokombinować żeby dzieciaki dotarły do szkoły. Na szczęście mogłam liczyć na tatę, który przyjechał do nas na kilka dni i właśnie w dzień operacji zawiózł dzieci do szkoły a ja mogłam spokojnie pojechać z mężem na zabieg.

Cały zabieg trwał około 30 minut. Nie byłam całkowicie znieczulona, od pasa w dół postawiono nade mną zasłonkę (jak przy cesarce hihi wreszcie mogłam poczuć ten klimat :P) i następowało nakłuwanie nóg a później wprowadzanie drenaża przez które wprowadzano fale radiowe, później coś mówiono mi o laserze (na koniec) i proszono mnie abym mówiła, gdybym czuła dyskomfort albo poczuła zbytnie ciepło. Jedyne co mi przeszkadzało, to właśnie nakłuwanie, to było trochę bolesne, pozatym nie narzekam. Najbardziej bolała w okolicy głównego winowajcy właśnie – sporej gulce na udzie. Po zabiegu mogłam normalnie sama wstać, nie miałam zawrotów głowy ani nie było mi niedobrze. Założono mi uciskającą pończochę na opatrunek i na drugi dzień po południu miałam się stawić na kontrolę. Wróciłam z mężem do domu i trochę się położyłam, zmęczenie dało o sobie znać bo rano wcześnie wstawaliśmy no i nie ukrywam, denerwowałam się trochę. Kiedy wstałam, trochę było mi niedobrze ale umiarkowanie :P Mój tata odebrał dzieciaki ze szkoły, inaczej musiałabym po nie iść na piechotę. Wieczorem mogłam zdjąć pończochę i ochłodzić ją trochę, wzięłam też środki przeciwbólowe bo po czasie noga zaczęła „ciągnąć” w miejscu gdzie miałam gulkę i trochę ciężko mi było chodzić ale z racji, że miałam i tak zalecone mało chodzić to za chwilę położyłam się na kanapę, nogi ułożyłam wyżej. O prysznicu w ten dzień mogłam zapomnieć – zakaz.

Na drugi dzień na kontrolę pojechałam z tatą i przy okazji trochę obejrzałam Regensburg, oczywiście nie chodziłam godzinami bo wszędzie tata podjeżdżał autem :) Trochę pospacerowałam po starówce i przed samą wizytą zjedliśmy po pysznym ciachu naprzeciwko katedry. Na kontroli wszystko było ok, na usg widziałam, że żyły są zmniejszone, lekarz usunął mi tylko jedną z żył, która właśnie dochodziła do guli. Opatrunek został zdjęty, po 5 dniach mogę odkleić plaster, 10 dni muszę nosić uciskową rajstopę, przez 3 tygodnie muszę unikać kąpieli w wannie i wodach termalnych oraz unikać sauny. Mam chłodzić żelem lub takimi chłodzącymi opatrunkami, w razie czego brać tabletki przeciwbólowe, dawać nogi do góry. Noga muszę powiedzieć wyglądała najpierw nieciekawie, widoczne były siniaki wzdłuż żyły, która była operowana ale z dnia na dzień wyglądało to coraz lepiej. Uczucie ciągnięcia zniknęło w ciągu kilku dni. W marcu czeka mnie operacja prawej nogi, mam nadzieję, że pójdzie równie łatwo.

W poniedziałek byłam na wizycie w klinice żył w Regensburgu aby skonsultować moje problemy z żylakami. Po wizycie u lekarza rodzinnego, który mnie wysyłał właśnie do Regensburga, zrobiłam jak najszybciej termin i po miesiącu czekania dostałam termin na koniec sierpnia. Moja lekarka mówiła żeby, jeśli operacja będzie konieczna, najlepiej wykonać ją na jesieni – zimie. Na wizytę nie musiałam na szczęście zabierać dzieciaków (wakacje),  bo są na wakacjach u babci i dziadka :P Haha jeden stres mniej:P Trochę mniej mi było do śmiechu gdy na wizycie dowiedziałam się, że nie dość, że czeka mnie operacja, to w dodatku dwukrotna, na obie nogi. Z miejsca dostałam terminy – pierwszy już w październiku więc o zimowym sezonie treningów mogę zapomnieć ale z racji na żylaki i tak miałam mniej grać :) Jedyna pociecha, że zabieg będzie (w miarę możliwości bo żyły są już dosyć uszkodzone) przeprowadzony metodą nieinwazyjną (fale,laser) ale czy to pomoże, okaże się dopiero na kontroli dzień po zabiegu … Jeśli nie – czeka mnie operacja inwazyjna, po której się dłużej niestety do siebie dochodzi … Na szczęście moja kasa chorych opłaci nieinwazyjny zabieg. Trwa on pół godziny, do żyły jest wprowadzany wenflon i za pomocą ciepła uszkodzona żyła jest zamykana, tak to mi przynajmniej przedstawił lekarz … No na razie nie myślę za wiele o zabiegu, szykuję się do VII otwartych mistrzostw naszego miasta – tak dla odstresowania się ….

Dzisiaj znów miałam wizytę na gimnastyce korekcyjnej a dokładnie miałam masowany dziś kark. Odkąd miesiąc temu skończył się dla mnie sezon tenisowy (drużynowo) to od tego czasu męczę się z bólem pleców (szczególnie, bo tak to pobolewanie w dole pleców mam już ładnych parę lat) i ścięgnem Achillesa – zerwałam je w obu nogach po ostatnim meczu drużynowym …. Problem polega na tym, że masaże i gimnastyka (6 razy na 1 receptę) niewiele przynoszą a jestem już po 5 sesjach …. Dodatkowo na początku września pojechałam aż do Monachium, do ortopedów, których poleciła mi koleżanka z drużyny a tam …. rozczarowanie :/ Dojazd zajął mi więcej niż pobyt w przychodni ale pokolei… Zrobiono mi rentgen całego kręgosłupa i czekałam dobre 15 minut aż się w końcu pojawi lekarz …. Obejrzał zdjęcie, kazał mi stanąć bez koszulki i stwierdził, że powinnam robić tylko gimnastykę :D Super, właśnie miałam ją zamiar zacząć (wcześniej mimo recepty nie szłam bo co chwilę miałam mecze więc granie „popsułoby” to co gimnastyka naprawiła … Świetnie, jechałam na darmo bo gimnastyki takie robię przynajmniej kilka razy w roku a plecy jak bolały tak bolą – co rano jak wstaję, to czuję na dole ból pleców, jakbym dzień wcześniej dźwigała ciężary :( U ortopedów niedaleko nas byłam kilka miesięcy temu z tego samego powodu i tam przynajmniej się dowiedziałam, że końcowy odcinek kręgosłupa mam lekko skręcony (prawdopodobnie o wielu lat grania w tenisa:/ tenis jest bardzo jednostronną grą). Jutro idę do lekarki po nową receptę za masaże/ćwiczenia i porozmawiać o tak zwanym Reha Sport – podobno 50 zajęć i to wszelkiego rodzaju – techniki relaksacyjne, gimnastyka, masaże ….. Zobaczymy, coś muszę zrobić bo zwariuje! Grać w tenisa już wiem, że muszę mniej, problem polega na tym, że mi ‚szkodzi” sezon czyli rozegranie od maja do lipca 7-8 meczy drużynowych czyli w sumie 14-16 pojedynków (7-8 meczy singlowych i tyle samo deblowych, bardzo często są to mecze zacięte i niestety w wielkic upałach…). Jakby tego było mało, odzywają się moje żylaki, które się też z tenisem nie lubią:/ W przyszłym tygodniu czeka mnie wizyta w klinice, mam nadzieję, że będę się nadawać do (nieinwazyjnej) operacji. W sumie jestem obciążona dziedzicznie żylakami – moja babcia i siostry mojego taty miały, obie siostry były też na nie operowane.

W zeszla niedziele mialam juz 3 mecz druzynowy w tenisie. W zeszlym roku awansowalysmy do Landesligi, co oznacza dla nas granie z najlepszymi zawodniczkami z Monachium, ewentualnie z nieco dalej polozonych miejscowosci co w tym roku zdazy sie tylko raz (podroz 150 km). Pierwsze dwa mecze niestety dosc gladko przegralysmy wiec teraz liczylysmy na zwyciestwo zeby  miec szanse na pozostanie w grupie. Po moich ostatnich wystepach i meczeniu sie za kazdym razem walka w 3 setach, tym razem postanowilam nie denerwowac sie tym, ze gramy z lepszymi od siebie o 5 klas. Mecz mialysmy wyznaczony na 10 rano w Monachium, zbiorke w klubie juz o 8:30 a wieczorem o 18:00 grala Polska z Irlandia. Z tego powodu zdecydowalam sie pojechac na mecz bez rodzinki bo na pewno bysmy nie zdazyli do domu na mecz. Wiec wyszlam z domu o 8:00 a wrocilam do domu o 20:00 ….

Gralismy przeciwko HVB (Hypovereinsbank) Tennis Klub, na miejscu dowiedzialysmy sie, ze dostaniemy od razu 6 kortow do dyspozycji (wymogiem sa 3 bo to Landesliga) wiec teoretycznie skonczylibysmy mecz wczesniej, jednak okazalo sie, ze jedna z naszych dziewczyn przyjechala ze swoim malym synkiem i jedna z nas musiala na niego uwazac, wiec o 10 wystartowala piatka. Ja wolalam nie wiedziec z jaka Leistungsklasse gram (im wyzsza tym lepsza jest zawodniczka) i gralam po prostu swoje i …. udalo sie mi wygrac z LK 8 czyli o 5 klas lepsza:) Zaraz po skonczonym meczu poszlam dopingowac reszte kolezanek. Po grach singlowych prowadzilysmy 4:2 wiec do zwyciestwa wystarczyl nam 1 zwycieski debel. Po meczach singlowych musialysmy czekac troche na wolne korty i ustalaysmy taktyke kto z kim zagra w grze podwojnej. Niestety kolezanka z dzieckiem musiala jechac na urodziny wiec w deblu musiala nam pomoc inna zawodniczka klubu i jedyna, ktora mogla nam pomoc (grala w Landeslidze) byla akurat w 3 ciazy (5 miesiac), nie grala od pol roku ale nie mielismy wyboru – jesli bysmy nie mialy zawodniczki to dostalibysmy kare albo musialybysmy oddac punkt. Niestety moj debel i debel w ktorym wlasnie grala kolezanka w ciazy przegral ale honor uratowal ostatni debel i wreszcie zwyciestwo nalezalo do nas:)

Pozniej razem z przeciwniczkami zjadlysmy wspolnie w restauracji (pyszne i duuuuze porcje!), akurat zaczynal sie wtedy mecz Polski …. Zalowalam, ze moich dzieciakow nie bylo bo przy kortach byl stadion pilkarski i male boisko dla dzieciakow, byla tez hala sportowa i akurat odbywala sie tam jakas impreza dla dzieci i dzieciaki mogly malowac buzie, no coz, moze nastepnym razem, jak zostaniemy w Landeslidze:P

Brak komentarzy

<script type=”text/javascript” src=”https://www.siepomaga.pl/f/fundacja-siepomaga/c/3493/widget/75×150/green.js”></script>

Witam po nieco dluzszej przerwie spowodowanej klopotami zdrowotnymi i udzialem w mistrzostwach powiatu w tenisie.

Wszystko zaczelo sie w zeszlym tygodniu gdy odwiedzilam lekarke (korzystajac z tego, ze dzieci byly na ferie u dziadkow , wiec spokojnie moglam isc bez nich na wizyte), bo juz dluzszy czas mam powiekszony brzuch, dokucza mi uciskanie, jak zjem i napije sie troche to czuje sie mega pelna … Zrobilam USG i badanie krwi oraz moczu. Okazalo sie, ze mam cos na watrobie (naczyniak, co podobno nie jest grozne, lagodny nowotwor, ktory nie daje przerzutow na inne organy) oraz bakterie w moczu. Lekarka dla pewnosci wyslala mnie na rezonanas magnetyczny brzucha wiec tego samego dnia dzwonilam w sprawie terminu badania. Yaproponowano mi o dziwo termin na sobote na12 godzine. Zgodzilam sie bo wiedzialam, ze dopiero w sobote o 16 bede grala w zawodach tenisowych. Termin ustalilam a wieczorem we wtorek dostalam emaila od organizatorow, ze termin mojego meczu sie przesunal na 9 rano … Musialam szybko pisac, ze absolutnie nie moge wtedz grac bo mam o 12 badanie, przed ktorym 3 godziny wczesniej nie moge nic jesc. Zaproponowalam, ze moge zagrac w czwartek lub piatek (zawody oficjalnie zaczynaly sie w srode), organizatorzy byli wyrozumiali i swoj pierwszy mecz w grze pojedynczej (zglosilam  sie tez do gry podwojnej) mialam juz w czwartek o 12. Niestety dokladnie wtedy powrocily upaly i granie w samo poludnie bylo meka … Gralam z druga rozstawiona turnieju i przegralam doslownie o wlos bo w 3 setach 4:6, 6:4, 3:10. Z racji, ze bylo malo zgloszen do turnieju byla to juz gra o wejscie do finalu. Poniewaz przegralam, w niedziele moglam grac o 3 miejsce. W piatek o 17 gralam gralam z kolezanka z druzyny 1 mecz deblowy i tu sukces dla nas:) Nie bylo latwo, mimo ze gralysmy z teoretycznie gorszymi zawodniczkami ale w koncu wygralysmy 7:5 6:0. W sobote czekal nas o 17 kolejny mecz i tu znow wielki uklon w strone organizatorow bo planowo mecz mial sie odbyc o 10:30 a ja mialam o 12 rezonans. Na szczescie nasze przeciwniczki (notabene z naszej druzyny) dogadaly sie z nami i gralysmy o 17:00. Krotko przed meczem wrocily moje dwa urwisy z dziadkami i na mecz zabralam moja mame. Niestety nic to nie pomoglo bo przegralysmy 6:0 6;0 ale jakby nie patrzec z pierwszymi rozstawionymi turnieju i bardzo zgranym duetem:P Tutaj tez byla to walka o wejscie do finalu wiec w niedziele czekal nas mecz o 3 miejsce.

Jesli chodzi o badanie rezonansem magnetycznym, to bardzo je przezywalam :( Od rana nie moglam nic jesc, wiec z nerowow chodzilam po domu i sprzatalam. Razem z mezem pojechalismy na badanie a tam jeszcze sie nieco naczekalam. Dopiero o 12:20 weszlam na krotka rozmowe z lekarka, ktora wypytywala mnie o dolegliwosci, upewniala sie czy cierpie na jakies alergie, jakie leki obecnie zazywam (przez tydzien mialam zazywac lek Cerufax i miesiac Pantoprazol na problemy z zoladkiem). Nastepnie musialam wypic pol litra specjalnego plynu (tzw kontrast) a potem podczas badania w „rurze” mialam dozylnie podawany takze specjalny srodek. Bylam mocno podenerwowana bo balam sie, ze nie wytrzymam spokojnie okolo 20 miutowego badania, ze bede sie ruszac, co przedluzy tylko czas badania albo bedzie mi niedobrze od podawanego srodka. Dostalam sluchawki na uszy i musialam co jakis czas mocno wciagac powietrze i wydychac. Wydawalo mi sie, ze to badanie trwa wieczosc … Pozniej dostalam wynik  na plytce i razem z nim mam przyjsc do mojej lekarki. Szczerze  mowiac nawet jakbym ta plytke miala sama w komputerze obejrzec, to bym niewiele z tego wiedziala … Postanowilam wiec poki co o tym nie myslec, dlatego wieczorem korzystajac, ze rodzice jeszcze sa, pojechalismy z mezem na nowy film Jodie Foster „Zakladnik z Wall Street”.

W niedziele wczesnie rano rodzice pojechali (zeby dzieciaki nie plakaly:P) a ja zabralam syna ze soba na korty na moje dwa mecze. O 14:30 mialam gre pojedyncza, z zawodniczka z mojego poprzediego klubu, z ktora juz dwa lata temu wygralam (tez nie bez problemow, cos lata robia swoje:P). Poczatek byl katastrofa, upal i zoladek dawaly mi sie we znaki, robilam duzo bledow i pierwszy set nalezal do przeciwniczki, w dodatku 6 klas gorsza ode mnie co  mnie dodatkowo lekko stresowalo:P Jakos sie pozbieralam i dosc szybko kolejnego seta wygralam (6:2) a wiec 3 set to tzw super tie- break czyli gra sie do 10 wygranych punktow. Nie powiem zeby super tie breaknalezaldo moich ulubionych elementow gry ale staralam sie skupic na grze i robic jak najmniej bledow i w koncu wygralam 10:6:). Mecz skonczyl sie o 16:00 a ja planowo o 16:30 mialam grac w debla. Troche odpoczelam, w tym czasie moj syn wreszcie sie dopchal zeby poodbijac troche z moja partnerka i zaczelysmy walke o 3 miejsce. Niestety tym razem przeciwniczki byly lepsze od nas i zajelysmy 4 miejsce w zawodach. Potem szybki prysznic i przebranie sie bo nastepowala ceremonia rozdawania nagrod zwyciezcom. Ceremonii towarzyszyla obecnos burmistrza miasta Scheyern, gdzie odbywaly sie zawody i przedstawiciela powiatu. Rozpoczeto od naszego 4 miejsca w deblu:P Nawet jako nagrode kazda z nas dostala po puszcze pilek :P Pozniej wreczano kolejne nagrody zwyciezcom wszystkich kategorii (najwiecej wsrod mezczyzn), na koniec wreczano nagrody za gre pojedyncza kobiet. Do zdjecia, ktore mam wspolnie ze zwyciezczyznia i vicemistrzynia stanal takze moj synek (na kortach byli bowiem przedstawiciele 2 lokalnych gazet). Na koniec kazdy z uczestnikow turnieju mogl brac udzial w losowaniu nagrod. Moj syn z racji tego, ze bardzo byl grzeczny podczas tych kilku godzin na kortach, mogl wylosowac i jesli cos wygral, zatrzymac dla siebie:) Udalo mu sie trafic i wygral recznik z napisem mistrzostwa powiatu 2016. Pozniej jeszcze wspolne grupowe zdjecie i pojechalismy z moja partnerka swietowac do pizzerii:)

W czwartek poszłam z koleżanką po raz pierwszy na zajęcia zumby. Zajęcia odbywają się w ramach kursu organizowanego przez VHS Schule, program organizowanych zajęć można znaleźć na stronach szkoły a także w wersji papierowej między innymi w naszej bibliotece. Koleżanka zapisała się niedawno na kurs niemieckiego i przeglądając program natrafiła właśnie na zajęcia z zumby. Zawsze chciałyśmy się razem wybrać ale było za drogo a tutaj za 10 spotkań tylko 40 Euro, więc od razu sprawdziłyśmy czy dzień i godzina pasuje (z powodu dzieci) i zapisałyśmy się :)

Pierwsze wrażenie może nie było najlepsze, bo prowadząca 15 minut się męczyła z odtwarzaczem CD (nic nie było słychać, w końcu jakiś uczestnik poprzedniego kursu zszedł nam pomóc) ale zajęcia uważam za super! Godzina ruszania się do fajnych kawałków i spalanie kalorii:) Na początku zajęć zajrzałam na moją bransoletkę liczącą moje kroki i kalorie i miałam już 104% :) Ok, od razu mówię, że przychodząc na zajęcia już miałam „wychodzone” jakieś 6000 kroków czyli nieco połowę. Cieszę się już na następne zajęcia!


  • RSS