mamawniemczech blog

Na moim blogu opisuję codzienne życie mamy w Niemczech. Jestem dumną mamą chłopca i dziewczynki. Serdecznie zapraszam na mojego bloga! Komentarze mile widziane!

Wpisy w kategorii: szkola

Robi się coraz bardziej zimowo i świątecznie – sezon na wszelkiego rodzaju Weihnachtsfeier został właśnie wczoraj otwarty i to od razu podwójnie bo o 18:00 pojechałam z dziećmi do szkoły a zaraz po ich występach – do pracy Męża. W tym roku Córeczka miała swój debiut bo od września jest pierwszakiem. Bardzo przeżywała i chodziła dumna i blada, że będzie tańczyć:) Cały program występów trwał dobre półtora godziny, Córka występowała prawie na początku – taniec wyszedł jej idealnie, bardzo dobrze opanowała cały układ taneczny :) Dla mnie jako mamy jest to zawsze wzruszająca chwila jak mogę uczestniczyć w takich ważnych dla nich momentach. Synuś w tym roku prowadził ze swoją klasą quiz świąteczny :) Szybciutko po występach manewrując wśród dużej ilości rodziców czy dziadków uczniów, dotarliśmy do szatni po kurtki i rach ciach szybko pojechaliśmy autem do pracy Męża. Tam przyjęcie zaczęło się już o 17 więc koło 20 jak zajechaliśmy to trafiliśmy akurat na najważniejszą część – rozdawanie prezentów. W tym roku pracownicy zorganizowali tombolę – każdy miał przynieść z domu coś niepotrzebnego i zapakować to jako prezent. Na dany sygnał każdy miał podejść i wybrać jakikolwiek prezent. Kiedy skończyła grać muzyka, każdy na trzy cztery miał otworzyć prezent a później …. wymienić się z kimś na inny prezent :) Najlepszą zabawę miała moja córka, która biegała co całej sali i co chwila przynosiła jakieś coraz to nowe prezenty:P Suma sumarum na koniec przyszliśmy chyba z 10 prezentami :P Wynieśliśmy też co nieco a więc bilans wyszedł na zero:)

Dzisiaj mialam spotkanie w szkole w sprawie zapisow do szkoly. Kilka dni temu sie dowiedzialam, ze corka pojdzie jednak od wrzesnia do pierwszej klasy (tzw. klasy diagnozowej, w ktorej dzieci sa wspierane w nauce) w szkole, do ktorej chodzi juz 2 lata jej braciszek:). Nauczycielka obserwowala corke i stwierdzila, ze dla jej dobra lepiej poslac ja do 1 klasy niz zostawic na rok w zerowce bo wowczas musialaby isc w drugim roku do zwyklej podstawowki, a tam mialaby trudnosci i by sobie nie poradzila. Dodatkowo w tym miesiacu konczy 6 lat, wiec istnieje obowiazek szkolny. Jak zwykle znow wypelnialam i podpisywalam kilkanascie papierow, musialam przedstawic akt urodzenia i ksiazeczke zdrowia (najwazniejsze bylo aktualne badanie U9), wszelkie telefony alarmowe i nasze dane mialam juz wczesniej podane bo miesiac temu zapisywalam w tej szkole corke do zerowki:P Jutro o 19:00 pierwsze spotkanie dla pierwszoklasistow i dowiem sie ktora z dwoch nauczycielek (jest tyle dzieci, ze beda dwie pierwsze klasy) bedzie wychowawczynia Tusi.

Kazdego rodzica czeka kiedys jeden z tych waznych dni w zyciu jego dziecka – pierwsze urodziny, pierwszy dzien w przedszkolu czy szkole czy tak jak bylo dzis w naszym przypadku – pierwsza kilkudniowa wycieczka szkolna. Dzieciaki byly o niej poinformowane juz kilka miesiecy temu wiec im blizej bylo do wyjazdu, tym wieksze byly emocje :) Nauczyciel naszego syna wybral polozona nieco ponad 100 km od nas miejscowosc gdzie dzieciakmi mialy spedzic 3 dni w schronisku mlodziezowym. W miasteczku znajduje sie stare miasto i miedzy innymi z tego co udalo mi sie dowiedziec, muzeum wielkiego krateru. Przed feriami zielonoswiatkowymi odbylo sie spotkanie informacyjne na temat kosztow, dostalismy liste rzeczy do spakowania oraz informacje dotyczace godziny odjazdu i kiedy nalezy dziecko odebrac. Dzisiaj wiec nadszedl ten dzien – musialam puscic syna samego bez mamusi i tatusia na kilkudniowa wycieczke. Przyznam, ze nie byl to dla mnie straszny szok, bo regularnie dzieciaki jezdza z moimi rodzicami na wakacje ale jednak lekka obawa zostala – czy nie rozklei sie nagle przy kolegach:P Rano juz o 7 synek pytal czy juz jedziemy na przystanek autobusowy (mieli miejskim autobusem jechac na dworzec kolejowy i stamtad godzinke pociagiem do celu ich podrozy), tak sie nie mogl doczekac. Jednak zauwazylam tez, ze sie troche denerwowal, zdal sobie chyba sprawe, ze pomimo iz jedzie z kolegami i wychowawca, jednak jest to co innego niz u babci gdzie sie mial do kogo przytulic jak nie umial zasnac. Troche sie zastanawial czy da rade tak daleko jechac bez mamy …. Oczywiscie nauczyciel pozwolil zabrac maskotke ale po negocjacjach (nie zabral juz swojego ukochanego wielkiego psa z ikei) postanowil swojego pieska (mniejszego) zostawic bo sie bal, ze jak gdzies pojda zwiedzac to go z wrazenia zwykle zapomni i bylaby katastrofa … Cos jednak przypominajacego mu o domu potrzebowal, wiec zabral malego dinozaura ale prosil w ostatniej chwili zebym mu go schowala do torby zeby koledzy nie widzieli :P

Na przystanek podjechalismy z dosyc duzym wyprzedzeniem bo trudno bylo parkowac w poblizu. W koncu dzieciaki zaczely sie zjezdzac, pojawili sie tez wychowawcy. Przekazalam dokumenty syna nauczycielowi, nadjechal bus i moj syn dzielnie wsiadl ze swoim bagazem do srodka, znalazl miejsce z kolega i nawet z przejecia chyba zapomnial mi pomachac!

 

Po poludniu napisalam tylko krotkiego maila do hotelu, w ktorym sie zatrzymali aby sie upewnic, ze dojechali bezpiecznie;) W piatek musze odebrac maego podroznika prosto z dworca, ciekawe czy wroci zadowolony i z kompletem swoich ciuchow w walizce haha

A jak Wy drodzy Czytelnicy przezywaliscie pierwsze samodzielne wyjazdy Waszych pociech?

Witam po dłuższej przerwie. Jak już wcześniej pisałam, poddałam się operacji koślawego palucha w prawej stopie (tzw. halluks). Operację robiłam w klinice w Neuburgu, odbyła się w pełnej narkozie. Operację miałam wyznaczoną na 9:00 rano, więc spokojnie rano Tusię wyprawiłam na busa do przedszkola i zanim ruszyliśmy do szpitala, podrzuciliśmy Fikaczka do szkoły. Zgłosiliśmy się prosto na oddział chirurgii gdzie przydzielono mi pokój. Niestety operację przesunięto na 10:00 i musieliśmy czekać. W tym czasie kupiłam sobie kartę telefoniczną i aktywowałam ją, akurat zaraz zadzwoniła moja mama spytać jak się czuję przed zabiegiem. Mąż pojechał już do pracy a ja czekałam.. W końcu o 10:30 przyszła siostra, dała mi pierwsze leki uspokajające przed narkozą i zawiozła mnie na blok operacyjny. Tam podłączanie do rurek, wenflon, natychmiast wstrzyknięto mi narkozę, poczułam mimo leżenia dziwne uczucie, jakby mi się kręciło w głowie i zaraz zasnęłam. Obudziłam  się w sali „do wybudzania”, wszytko jeszcze mi tańczyło przed oczami ozywiście. Była około 14:00, nie wiem ile trwała operacja a ile z tego spałam po niej ale pytałam potem siostrę, to okazało się, że około 1,5 godziny chyba. Jeszcze troche poleżałam i siostra zawiozła mnie do mojego pokoju. Od 16:00 mogłam już jeść więc koło 17:00 dostałam swoją kolację, pić mogłam od 14:00, siostra przynosiła mi po kilka butelek wody mineralnej i tabletki przeciwbólowe bo jak się dowiedziałam, w nodze mam 2 śruby, noga obandażowana, lekko opuchnięta bo w tym czasie gdy byłam w klinice panowały okropne upały … Liczyłam, że na 2 dzień wyjdę z kliniki bo 2-3 dni maksymalnie miałam zostać ale okazało się, że dopiero wyjdę na 4 dzień czyli w czwartek. Trochę było stresowo bo mąż miał urlop żeby jeździć dwa dni z synem na ergoterapię ale gdy komisja lekarzy, która w środę przyszła obejrzeć nogę stwierdziła, że lepiej żebym jeszcze jeden dzień została (jeszcze czekały mnie spotkania z fizjoterapeutą i nauką korzystania z kryk), musiał dwa dni wracać wcześniej z pracy i odierać syna po południu ze szkoły. Gdy wypisano mnie ze szpitala, jeszcze szybko musieliśmy jechać do naszego lekarza rodzinnego żeby oddać list od lekarzy i żebym dostała recepty na środki przeciwbólowe, bo ze szpitala dostałam tylko leki na wieczór i na drugi dzień rano. U lekarza prawie godzinę mi zeszło na czekaniu, potem lekarka obejrzała nogę, zmieniła opatrunek i zakazała moczenia nogi w czymkolwiek, póki nie będą zdjęte szwy. Potem szybko do apteki i 26 euro dopłaty za leki (10 zastrzyków przeciwko trombozie, które codziennie muszę sama sobie robić, ibuprom 600 i jeszcze jakieś dwie inne leki). Wreszcie w domu …. Aha jeszcze się okazało przy odmeldowywaniu, że za każdy dzień pobytu trzeba dopłacać 10 Euro a więc wyszło 40 Euro za pobyt i jeszcze 6 Euro za wypożyczenie karty telefonicznej, 10 Euro dostałam z powrotem jako kaucja. Dodatkowo za specjalny but, który muszę nosić przez 6 tygodni też 10 Euro musiałam dopłacić …. No pobyt w szpitalu do tanich nie należy hehe ale jak za rok będę operować lewą stopę (tam zaczyna się powoli halluks), będę miała już buta i kryki przynajmniej :)

Po czwartkowej wizycie u lekarki, musiałam się znów pojawić w poniedziałek na kontroli. Lekarka zmieniła bandaż, pobrała krew do badania (żeby sprawdzić poziom trombocytów) i znów mam przyjść na kontrolę w piątek. Dostałam też receptę na Krankengymnastik (masaż limfatyczny), za który też 20 Euro trzeba dopłacić (6 zabiegów, raz w tygodniu po 40 minut). Na szczęście w naszym mieście mamy terapeutów i zgłosiłam się żeby ustalić wieczorne terminy (bo mąż musi mnie wszędzie wozić, nie mogę prowadzić samochodu). Pierwszy zabieg miałam wczoraj. W sumie taki masaż to nic innego, tylko delikatnie głaskanie nogi od kostki w górę aby udrożnić limfę. Terapeuta mi powiedział, że sama mogę podobnie robić w domu i duuuużo ruszać stopą, w miarę możliwości ruszać palcem bo jak nic nie będę robić, to po 6 tygodniach palce lub stopa będą bardzo usztywnione i nie w pełni sprawne a więc nie pozostaje mi nic innego jak ćwiczyć ….

Wczoraj odbylo sie pierwsze dyktando Fikaczka. Dzieci mialy pisac pojedyncze Liter, ktore juz poznaly a wiec : a,e,i,o,s,m i pisac pierwsze slowa-mama i Mimi. Przyznam, ze mialam troche obaw jak to bedzie bo co prawda codziennie cwiczylismy ale mojemu synowi sie zawsze spieszy i chce szybko konczyc nudne dla niego lekcje wiec nie wiedzialam czy wystarczajaco duzo czasu poswiecilismy na nauke. Dzisiaj pani rozdawala uczniom prace i …. najwyzsza ocena – 3 gwiazdki :) bylam bardzo dumna :) w poniedzialek nastepne dyktando, zobaczymy jak tym razem pojdzie.


  • RSS