mamawniemczech blog

Na moim blogu opisuję codzienne życie mamy w Niemczech. Jestem dumną mamą chłopca i dziewczynki. Serdecznie zapraszam na mojego bloga! Komentarze mile widziane!

Wpisy w kategorii: Terapia Tusi

Witam po dłuższej przerwie spowodowanej chorobą (trwa nadal, bo teraz po mężu i dzieciach mnie złapało :/) oraz wieloma terminami w klinice Josefinum w Augsburgu. Od grudnia jeździłam tam na 4 terminy z Tusią aby wreszcie raz n zawsze wyjaśnić temat autyzmu, który towarzyszył nam odkąd córka skończyła 3 lata, zawsze nam się wydawało, że coś jest nie tak w jej zachowaniu (nie wspominając o tym, że miała problemy też problemy z rozwojem). W 2013 była już diagnozowana w Heckschner Klinik w Monachium, co jednak zakończyło się kompletną porażką, bo dziecko odmawiało zostania na testach (ja musiałam w tym czasie w spokoju odpowiadać na całą książkę pytań na temat zachowania i rozwoju córki). Po próbie zostawienia małej z badającą ją panią logopedą bodajże, po około 10 minutach, przyprowadzono mi zaryczane dziecko, bało się, że mnie nie ma w pobliżu :/ Jedyny test w jakim wzięła udział, oczywiście w mojej obecności, to zabawa przygotownymi dla niej zabawkami, ja siedziałam za nią i ewentualnie „tłumaczyłam” co córka mówi, bo miała w owym czasie swoją własną mowę – ani polski ani niemiecki język …. Wówczas stwierdzono jedynie, że mała ma lęk separacyjny i podejrzewano u niej wczesny autyzm dziecięcy. Czas mijał, mała robiła ogromne postępy w przedszkolu, w którym uczęszczała na przeróżne terapie – logopeda, ergoterapeuta … Jednak przed pójściem do szkoły, będąc ponownie w placówce Fruehfoerderung (wczesnego wspierania) rozmawiałam z psycholog i równocześnie prowadzącą placówkę, że gdzieś z tyłu głowy mam podejrzenie u córki autyzmu. Psycholog nie chciała mi nic sama sugerować ale skoro sama zaczęłam ten temat, to zwróciła uwagę, że podczas testu, gdy trzy razy z rzędu pokazywała palcem córce i zadawała zawsze pytanie co pasuje – to,to,to czy to?, to za  4 razem, gdy tego pytania nie zadała, córka, sama zwróciła na to uwagę, czyli jakby potrzebowała powtarzalności … No możliwe, że to jednorazowe zachowanie, jednak wcześniej sygnalizowano mi, że mała ma często problem z kontaktem wzrokowym, układając puzzle z obrazkiem ręki, miała problem zrobić to poprawnie i mimo patrzenia na swoją dłoń, nie umiała umiejscowić gdzie kciuk, gdzie palec wskazujący … Poradzono mi w takim razie wybrać się do kliniki Josefinum w Augsburgu (2-3 miesiące oczywiście oczekiwania na termin, standard), więc zanim córka poszła we wrześniu do szkoły, zrobiłam tam termin, wypełniłam jak umiałam ankietę z pytniami o Tusi i czekałam kiedy możemy się tam wybrać. Pierwszy termin dostaliśmy w grudniu. Ten termin to było zapoznanie się, musiałam przedstawić całą historię małej – przebieg ciąży, poród, wszelkie badania po porodzie, postępy małej, kiedy mówiła,siadała, raczkowała, chodziła, robiła papa, pierwsze słowa – jakie?, w jakim wieku?, ze sobą miałam oczywiście całą teczkę opinii i badań o córce. Małą obserwowały panie w mojej obecności, jak się bawi (głównie zabawkami dla 2-3 latków), później jedna z pań z nią wyszła do innego pomieszczenia a ja odpowiadałam dalej … Na szczeście w wieku 6 lat, nie było problemu rozstać się z mamą ale nigdy nie wiadomo :P Kolejne 3 terminy spotkań wyznaczono nam na styczeń i luty i 22 lutego razem z mężem miałam termin na rozmowę końcową, podczas której powiedziano nam, że podczas testów autystycznych, córka najgorzej wypadła jeśli chodzi o mowę (co raczej braliśmy pod uwagę, bo jest wychowywana dwujęzycznie i nieraz nie wie po niemiecku słowa albo nie rozumie w szkole co nauczycielka kazała zrobić) ale w 3 kolejnych obszarach wypadła w złotym środku. Jednak informacje zebrane ode mnie jako matki, od nauczycielki i z obserwacji jej ( krotnej) i wykonanych testów (np nie wchodziła w interakcje z osobą ją badającą gdy ta próbowała się włączyć w samotną zabawę Tusi), stwierdzono, że jest to jednak wczesny autyzm dziecięcy. Zalecono nam aby chodziła do logopedy mającego doświadczenie z autystycznymi dziećmi. Przede wszystkim musimy pracować nad rozwojem jej mowy, pokazywać jej książki z obrazkami nawet dla 2-3 latków i skontaktować się z placówką czy świetlicą „Haus miteinander” w Ingolstadt, dokąd córka by po szkole jeździła busikiem, tam odrabiała zadania z personelem wyspecjalizowanym w pracy z dziećmi autystycznymi, na miejscu miałaby wszelkie potrzebne jej terapie. Jeździłaby tam codziennie i po 17 byłaby w  domu. Jednak miejsca w takim ośrodku są ograniczone, grupy 9-10 osobowe. Muszę poczekać na opinię z Augsburga, następnie przesłać ją do Kinderzentrum w Monachium, gdzie zdążyliśmy być 2 tygodnie temu na kontroli (tam twierdzono, że może autyzm jako taki to nie jest ale zachowania spektrum autyzmu i także nam polecono „Haus miteinander”). Gdy Monachium dostanie opinię z Augsburga, wystawi nam opinię, z którą możemy wybrać się do Jugendamtu i tam złożyć wniosek o przyznanie miejsca w „Haus miteinander”. Jugendamt opłaca miejsce dla dziecka, dowóz busikiem, terapie i wyżywienie w placówce. W piątek byłam z małą właśnie obejrzeć tą placówkę, krótko opisałam historię córki, dlaczego nas tu skierowano i będę czekać na odzew w sprawie wolnego miejsca. Jak mnie telefonicznie zapewniono, dopiero w maju – czerwcu będzie wiadomo, czy córka dostanie tam miejsce od nowego roku szkolnego. W sumie dobrze, bo tak, będzie mogła pochodzić jeszcze na lekkoatletykę i zumba kids popołudniami, co później będzie raczej niemożliwe. Tusi się placówka bardzo podobała – w każdej sali ciekawe rzeczy – instrumenty muzyczne włącznie z perkusją, która zaraz ją zainteresowała, gry planszowe, sala gimnastyczna, miejsce gdzie można było malować i lepić figurki orz je wypalać w piecu …. Nie chciała stamtąd wychodzić :) 25 marca wybierzemy się może na dzień otwarty placówki, będzie okazja poznać terapeutów i zwiedzić całą placówkę :)

Dzisiaj o 10;00 mielismy wyznaczona (ponad miesiac temu) rozmowe z lekarzami z kliniki badajacej autyzm. Na szczescie musielismy jechac na spotkanie do przedszkola Tusi a nie jak w listopadzie do Monachium …. Krotko przed 9:00 zadzwonil telefon ze szkoly Fikaczka …. Okazalo sie, ze musimy go odebrac bo leciala mu krew z nosa. Jak mnie zapewniono przez telefon, nie jest to juz tak tragiczne jak na poczatku ale odebrany musi byc. Maz po niego szybko skoczyl i niestety musial z nami jechac do Tusi do przedszkola. Wedlug tego co mezowi powiedziano w szkole, malego uderzyl w nos jego kolega z klasy ale nasz synalek prowokowal go przezwiskami :P O 9:30 ruszylismy do przedszkola na rozmowe. Na rozmowie dowiedzielismy sie niewiele wiecej niz poprzednio czyli mala razej nie ma autyzmu, jednak nadal podtrzymywano, ze mala ma lek separacyjny. Lekarka z kliniki znow oserwowala mala w grupie i mowila, ze wiecej juz utrzymuje kontakt wzrokowy z wychowawczyniami (oczywiscie mniej z obserwujaca ja lekarka:P), opowiada wiecej, zachecala cala swoja grupe, zeby podeszla do okna i zobaczyla jaki ptaszek przylecial do ogrodka w przedszkolu. Wedlug lekarki, takie zachowanie zaprzecza temu zeby mala mogla miec autyzm ale trzeba pamietac, ze w listopadzie na badaniach mala nie chciala zbytnio wspolpracowac, wiec 100% pewnosci nie ma. Musimy odczekac troche czy pojawia sie kolejne postepy a jesli nie, to mala znow bedzie musiala przyjechac na kontrole do kliniki w Monachium. Podczas rozmowy nasz Fikaczek bardzo grzecznie i cicho sie bawil. Pozniej na chwile odwiedzilismy Tusie w jej grupie. Akurat sie bawili w ogrodku bo byla ladna pogoda:) Potem na 11:00 szybko polecielismy do terapeutki Tusi na rozmowe. Ogladalismy nagrany film, na ktorym sie ostatnio z Tusia bawilam. Terapeutka powiedziala, ze bardzo duzo robie dobrze, tzn. nie narzucam Tusi jak sie bedziemy bawic – pytalam ja kto bedzie jaka postacia posrod laleczek. Jak wolalam Tusie po imieniu i oczywiscie nie reagowala bo jej sie nie chcialo lub z jakiegokolwiek innego powodu, to probowalam dalej do niej dotrzec, jak slowa nie pomagaly, to musialam ja lekko w ramie dotknac i znow powtorzyc imie az zareaguje i udawalo sie :) Jedyne, co troche zle robilam, to jak Tusi sie przewrocilo cos w domku dla lalek, to ja od razu mowilam „A nic sie nie stalo” ale terapeutka mowila, ze dla nas doroslych to nic takiego ale dla dziecka to moze byc koniec swiata i choc to trudne, to nie reagowac schematycznym „nic sie nie stalo” tylko wspolczuc, mowic dziecku, ze rozumiemy jego zal i smutek. Umowilismy sie, ze nastepne spotkania bedziemy robic co kilka miesiecy bo tak czesto jak do teraz, nie jest to nam potrzebne. Pytalismy sie tez o obowiazek szkolny Tusi. Z racji, ze jest urodzona w koncu lipca, to do szkoly by szla w wieku 6 lat i kilku miesiecy a to, ze jak dotad ma troche brakow jesli chodzi o rozwoj (glownie slownictwo), to moznaby poczekac rok i wyslac ja do szkoly pozniej ale wtedy klasy diagnostyczne, do ktorej chodzi teraz jej brat, nie bardzo chetnie chca brac dzieci, ktore pozniej niz w wieku 6 lat poszly do szkoly ale znow terapeutka, z ktora na koncu rozmawialismy, mowila, ze zna wrecz przeciwne przypadki ale do tego czasu az bedzie szkola, Tusia moze zrobic bardzo duze postepy i pojdzie po prostu do „zwyklej” szkoly. Zobaczymy…

W piątek wyskoczyliśmy z łóżek już o 7:00 bo w drodze na narty do Włoch, odwiedzili nas teściowie z wujostwem i kuzynostwem. Małego specjalnie zostawiliśmy dziś w domu, żeby choć na kilka godzin zobaczył się z babcią i dziadkiem. Goście po 10:00 pojechali a my na 14:30 pojechaliśmy na umówioną wizytę w Pfaffenhofen, do przedszkola, które miałoby lepiej przygotować Fikaczka na start w szkole. Przede wszystkim są tam mniejsze grupy i opiekunowie mogą bardziej wspomóc dziecko w rozwoju. Budynek, w którym ta placówka się znajdowała był ogromny! Musieliśmy prosić o pomoc aby odnaleźć gabinet prowadzącej ten ośrodek. Całą drogę korytarzami Fikaczek powtarzał, że on nie chce tu iść :( Zapewnialiśy go, że na razie przyszliśmy tylko porozmawiać z panią i na pewno go tu nie zostawimy samego. Placówka zrobiła na mnie lepsze wrażenie niż na początku sobie wyobrażałam – wszędzie były powieszone prace plastyczne dzieci, moją uwagęzwróciły obrazki zapewne pomocne przy terapii logopedycznej – zawierały pary obrazków przedstawiające słowa, które się ze sobą rymują czyli na przykład „Fisch” (ryba) i „Tisch” (stół). Dyrektorka wytłumaczyła nam, że po pierwsze musimy się skontaktować z psychologiem, który oceni czy mały nadaje się do tej placówki.

Po południu próbowaliśmy na karate ale mały najpierw w ogóle nie chciał wejść a potem trochę poćwiczył (namawiany przez trenera), nawet zaczęło mu się podobać a nagle w płacz i chce do taty. Spróbujemy może kiedyś znowu. Póki co chcemy zapisać go na piłkę nożną.

Dzisiaj dostaliśmy terminy dla Tusi i Fikaczka w Monachium – 13 maja.

Dzisiaj Fikaczka czekał bilans 5-latka. Trochę się denerwowałam jak wypadnie, gdyż zazwyczaj robił z siebie głuptaska i na pytanie o wiek odpowiadał źle, mimo, że w domu znał doskonale odpowiedź ale jak to powszechnie wiadomo – dziećmi się nie pochwalisz :P Na szczęście Fiki stanął na wysokości zadania, aż byłam zdziwiona. Na początku oczywiście typowe badanie – mierzenie, ważenie, sprawdzanie obwodu głowy i badanie moczu. Potem asystentka pokazała małemu obrazek trójwymiarowy i miał powiedzieć czy coś na nim rozpoznaje – okazało się, że widział i jeszcze umiał po niemiecku nazwać gwiazdkę, psa i auto:) Potem były inne rodzaje obrazków – dwukolorowe  - na tle zielonych „kamyczków” były czerwone kształty i z pośród około 10 rozpoznał i nazwał po niemiecku bezbłędnie prawie wszystkie – psa, kwiatka, rybę,słonia,ptaszka, drugi raz kwiatka. Nie umiał tylko nazwać kraba i żółwia ale to nie było nic dyskwalifikującego. Potem pani kazała skakać a następnie dała kredki, kartkę i kazała w poczekalni namalować ludzika, w tym czasie Tusia miała mieć zaaplikowane szczepienie na kleszcze (wirusowe zapalenie opon mózgowych – FSME). Potem nastąpiła wymiana – Tusia poszła do poczekalni do cioci (była ze mną moja najlepsza przyjaciółka, która wpadła do mnie na 2 tygodnie) a mały wrócił do pana doktora. Pan doktor kazał jeszcze raz poskakać, tym razem na jednej nodze, potem to samo bez spodni i skarpetek, stwierdził, że wszystko ok. Potem trochę go pytał o przedszkole – dowiedział się od młodego do jakiej grupy chodzi, jak się nazywają jego wychowawczynie, choć początkowo trochę mały był speszony i podał swoje imię. Potem policzył do 5, po polsku też poprosił o liczenie, kazał wymówić kila słów z literą r, dał próbki kremu do pielęgnacji skóry bo zauważył, że oba dzieciaki mają suchszą skórę. Na obrazku Fikaczka był super ludzik – miał twarz z oczami, nosem i buzią, tulów, ręce z 5 palcami i nogi :) Po raz pierwszy mały poprawnie napisał swoje imię i dumnie ogłosił to panu doktorowi :) Na sam koniec musiała nastąpić najmniej przyjemna część badania – szczepienie :( Młody dawno nie dostawał już zastrzyków więc się odzwyczaił, bardzo go musiało boleć i płakał bardzo ale dość szybko się dał uspokoić. Poskarżył się tylko cioci w poczekalni, że pan doktor mu zrobił pik ale przytulił pieska i było ok – potem czekały obiecane pączki a w nagrodę wybrał sobie w sklepie świecący miecz ze STAR WARS :) Potem rundka po sklepach innych i do domu bo o 14:00 przyjechać miała do Tusi terapeutka. Mała bardzo dobrze dziś współpracowała – „gotowała” w zabawie dla swojego misia. Pochwaliłam się pani, że w środę mała zaczęła liczyć po niemiecku do trzech a odkryła to ciocia :) Słyszałam na własne uszy potem bo mała łaskawie zaprezentowała swoją nową umiejętność mamusi  czego oczywiście przy terapeutcce odmówiła :P  Terapeutka żegnając się mówiła, że we wtorek w przedszkolu w rozmowie z wychowawczyniami Fikaczka, wspomniano, że dobrze by było, żeby w klinice w Monachium przeprowadzić także dla Fikiego opinię psychologa, który by stwierdził w jakich obszarach są deficyty a w jakich jest w porządku. Zobaczymy kiedy dostaniemy termin, mail z zapytaniem już wysłany :)

Postępy Tusi

Brak komentarzy

Dzisiaj znów Tusia miała zajęcia z Heilpedagogin. Mała mogła być marudna bo w nocy się obudziła, po południu nie chciała o 12:00 zasnąć, tylko godzinę później. Jednak gdy po godzinie terapii zeszłam na dół, pani mi powiedziała, że dzisiaj wyjątkowo dobrze współpracowała. Najdłużej koncentrowała się na przekładaniu szklanych kuleczek do różnej wielkości kubeczków :) Terapeutka zaproponowała mi, że w ośrodku mogłabym wykonać test u ergoterapeuty, który by pomógł ocenić, czy taka terapia faktycznie byłaby potrzebna a jeśli by była, to terapeutka w porozumieniu z ergoterapeutką, w pracy z Tusią wykorzystywałaby też ćwiczenia ruchowe zalecane przez ergoterapeutkę.

Jak co czwartek przyszła do nas do domu terapeutka do Letusi. Tym razem musiałam poprosić inną mamę w przedszkolu Fikaczka, żeby mi go do domu podrzuciła (Fikaczek ma w sąsiedztwie kolegę w tym samym przedszkolu ale w innej grupie). Był to eksperyment bo mały nigdy nie chce z nikim jeździć autem, tylko naszym i najlepiej tylko z mamą. Niestety to jest nie zawsze możliwe. Odebrano go wcześniej bo już o 12:30 i maly z płaczem przyszedł ale przezwyciężymy i to myślę :P Nie mam innego wyboru po prostu – terapeutka przychodzi o 14:00 a jak mam fikaczka wcześniej odebrać, to z drzemki małej nici i potem tylko rozdrażniona jest …

Wracając do terapii, po godzinnej sesji razem z Fikaczkiem zeszliśmy z góry (zawsze idziemy do pokoju małego żeby nie przeszkadzać, mała bez problemu zostaje na dole) i pani mi powiedziała, że nie jest łatwo bo mała ma bardzo silną osobowość i chce robić tylko to co jej się podoba :P Powiedziała mi też, że godzina to duży wysiłek dla dziecka, bo musi się koncentrować. Widać to u Tusi wyraźnie – na początku jest chętna do zabawy i zainteresowana ale z czasem dochodzi do spadku koncentracji i mała się nudzi proponowanymi zabawkami czy książeczkami. Pani udało się ją zainteresować układaniem według wielkości gwiazdek i zabawą na piłce (dla trenowania równowagi). Nie zdążyła tylko pokazać jej gry „Memo” ale ja dziś wybrałam dla niej kilka par obrazków ze zwierzątkami i nawet była zainteresowana i jedną parę znalała :)

Co do opinii o Tusi, którą dałam terapeutce, ustaliłyśmy, że zostajemy przy logopedii zamiast ergoterapii (terapia kładzie nacisk na ćwiczenia motoryczne) a terapeutka Heilpedagogin może z nią takie ćwiczenia też robić. Trzech specjalistów byłoby za dużo dla dziecka w jej wieku. Już teraz ma 3 dni w tygodniu wypełnione terminami – poniedziałek z Fikaczkiem logopedę, w środę Kinderpark – z dziećmi bez mamy przez 2,5 h no i w czwartki Heilpedagogin. Myślę, że to wystarczy jej w zupełności.

Kinderpark

Brak komentarzy

Moja Tusia, jak mi zalecono w klinice, zaczęła chodzić na tzw. Kinderpark (raz w tygodniu dwie mamy zajmują się przez 2,5 h maluchami w zamian za drobną opłatę) przy naszym kościele. Z racji, że tydzień temu w środę było wolne (Dzień Zjednoczenia Niemiec), mała miała dość długą przerwę. Oddając ją, miałam trochę obawy czy zostanie po tak długiej przerwie. Jednak mała zainteresowała się co ma na drugie śniadanie spakowane do torby i zabrała się za pałaszowanie a ja bez zbędnych pożegnań, po prostu wyszłam. O 11:00 (po 2,5 h) odebrałam ją i jak mi panie mówiły, nie było żadnego problemu :) Jeśli chodzi o zabawę, bawiła się „obok” dzieci ale to normalne w tym wieku jeszcze. Wczoraj przekazałam opinię o Leti z Centrum Dziecka w Monachium Heilpedagogin, która się Tusią zajmuje. Tak samo przekazałam te info do przedszkola Fikaczka, bo psycholog z Centrum proponuje umieszczenie Tusi w grupie integracyjnej gdy mała pójdzie od września do przedszkola. Z racji, że nie ma tam zbyt dużo wolnych miejsc, postanowiłam już teraz się postarać o miejsce. Zobaczymy co z tego wyjdzie.Co do rozwoju mowy, Letusia ładnie mówi już: „Iwo”, „daj”, „gdzie”, „co”, „kaka”-kotek i piesek i „am am”.

Witam ponownie!

Dzisiaj byłam z Tusią na ostatnim spotkaniu (ćw. metodą Vojty). Zgodnie z zaleceniem neurologa z Monachium (syn Dr. vojty), mamy teraz miesiąc odczekać. Terapeutka przeprowadziła ze mną końcową rozmowę i nakazała:
- zapomnieć o prowadzeniu dziecka za rekę/ręce/palec …
- puszczać małą po domu bez butów (względnie rajtopy lub skarpetki z „ABS”:P) gdyż w tym wieku dzieci powinny ćwiczyć muskulaturę nóg aby w późniejszym wieku wytworzyło się prawidlowe  ”wgłębienie” w stopie. Jak wiadomo na początku dzieci mają płaskosotopie. Według terapeutki dużo dzieci ma obecnie problemy z postawą i różne deformacje stóp, bo zbyt szybko zakładano im buty i stopa zupełnie inaczej musiała pracować a dokładniej z butami, zwłaszcza trzymającymi kostkę, stopa inaczej pracuje, staje się „leniwa”, nie balansuje i jak w przypadku mojej Tusi nadal widać „niepewnośc” przy staniu. Mała jakby nie miała odwagi się odważyć i iść samodzielnie (nadal). Zademonstrowała mi jak wygląda sytuacja jak się stoi na jednej nodze boso (trzeba więcej balansować) a jak gdy ma się but – on własnie „załatwia” za nas, że nie musimy się tak wysilać i stoimi w miarę pewnie. Dla dorosłych, nie jest to takie tragiczne czy chodzimy więcej czy mniej w butach ale dla takich maluchów jak Tusia, ma to znaczenie. Mówiła też, że w sumie powinno się jak najwięcej spacerować boso, podobno są takie specjalne parki, gdzie są dróżki wyłożone drobnym zwirkiem i można sobie spacerować.
- dawać dziecku okazję do skakania na trampolinie, jeźdżenia na bobby car i rowerku trójkołowym, animować ją bo sama ma problem się „odważyć”
- chodzić na zajęcia na salę gimnastyczną (tak zwane turnen) gdzie spotykaja się mamy z dziećmi i wspólnie „ćwiczą” na materacach i drabinkach. Jestem właśnie w trakcie poszukiwania takich spotkań w naszym mieście.
- w ogródku można próbować zbudować miejsce do balansowania (deska nisko nad ziemią)
- patrzeć ile Tusia przesuwa przedmioty,  żeby za dużo tego nie robiła, czasem na godzine zabrać jej wszystko co może przesuwać żeby „z nudów” próbowała stawać i chodzić
Zobaczymy czy pomoże:) Dziś sadzałam ją na rowerek i Bobby Car a i plac zabaw z trampoliną też u nas jest, trochę dalej od domu ale znajdę czas z nia sie tam wybrać:)

Rehabilitację metodą Vojty rozpoczęłam tydzień temu z moją córeczką. Wszystko zaczęło się od tego, że dość późno zaczęła siadać i raczkować … Lekarka uspokajała – mała ma czas, nie ma jeszcze roku ale czas uciekał, zbliżał się roczek a ona siedziała tylko jak się ją posadziło i to też niepewnie. Jako że roczek wyprawialiśmy w Polsce (30 lipca), postanowiliśmy zasięgnąć porady neurologa o co tu w naszej miejscowości nie tak łatwo … Najbliższy w Monachium :/ Lekarka stwierdziła wstępnie zbyt słabe napięcie mięśni ale widząc nasze zmartwione miny, zapewniała, że mała nie jest w żaden sposób upośledzona umysłowo (porażenie mózgowe itp.) i że będzie chodzić ale później. Zaleciła badania krwi i dalszą rehabilitację (Leti była już po sesji 6 cotygodniowych spotkań u fizjoterapeuty, po których 7 lipca sama usiadła – jedna z nielicznych prób). Wyniki odebraliśmy na drugi dzień po badaniu i wskazywały jedynie na małe problemy z tarczycą, na szczęście inne nie stwierdzały problemów z mięśniami, co potwierdziła pani neurolog gdy obejrzała wyniki. Po powrocie byłam na badaniu kontrolnym u pediatry i pokazałam wyniki badań z Polski i dostałam skierowanie do neurologa i na wszelki wypadek ortopedy. Mąż musiał brać wolne żebym nie musiała z dwójką dzieci jeździć po klinikach. Oba terminy na szczęście udało się zgrać w jednym dniu. U neurologa mała miała robione EEG, które niczego niepokojącego nie wykazało, następnie przyszedł neurolog. Jedyne co zalecił, to właśnie terapię metodą Vojty i wizytę u ortopedy gdyż mała umie bardzo szeroko nóżki na boki wykręcać. Czasem aż boli patrzeć … Wizyta u ortopedy też nic nie przyniosła. Zrobili małej rentgen i poradzili iść do neurologa. Leti właśnie dostała nową receptę na kolejną serię ćwiczeń i chciałam żeby fizjoterapeuci zaczęli z nią metodę Vojty lub Bobath (tą doradzał znów ortopeda …) ale niestety nie mają oni szkoleń :/ Pozatym powiedziano mi, że kasa chorych nie lubi gdy równocześnie dwie recepty lecą … Napisałam więc do poleconego mi przez inną fizjoterapeutkę przychodni i poprosiłam o radę. Oddzwonili i poradzili być bardziej stanowczym i poprosić o napisanie przez fizjoterapeutów wcześniej końcowego raportu i przekazanie go pediatrze żeby wystawiła receptę aby jak najszybciej rozpocząć terapię. Dzisiaj byłyśmy pierwszy raz. Fizjoterapeutka obejrzała Leti i stwierdziła, podobnie jak ja, że mała gdy się ją postawi na nóżki, stoi dość często na paluszkach a to niestety nie jest dobre. Potem były pierwsze ćwiczenia i … jak większość dzieci, także Leti mocno płakała ale na szczęście przed wizytą trochę się poinformowałam na temat tej metody rehabilitacji, tym bardziej, że często słyszałam jak się okazało błędne opinie tym ,że dzieci płaczą bo dzieje się im krzywda. Tymczasem jest to po prostu ich sposób wyrażania sprzeciwu. Nikt nie lubi przecież przytrzymywany, czasem może trochę na siłę. Było mi ciężko ale wytrzymałam szlochy i zawodzenie małej. Potem pod okiem terapeutki musiałam wykonać ćwiczenie, któr muszę wykonywać 3azy dziennie po minucie z każdej strony. W domu Leti protestowała o wiele mniej, mam nadzieję, że wszystko dobrze zrobiłam.


  • RSS