mamawniemczech blog

Na moim blogu opisuję codzienne życie mamy w Niemczech. Jestem dumną mamą chłopca i dziewczynki. Serdecznie zapraszam na mojego bloga! Komentarze mile widziane!

Wpisy w kategorii: Zdrowie maluchów

Dobrze, ze dzis niedziela i koniec tygodnia… Zeszly obfitowal mianowicie w telefony ze szkoly i … dwa razy szpital…. Ale pokolei. Jak pisalam wczesniej, we wtorek mielismy oboje byc na rozmowie w przedszkolu Tusi a krotko przed 9 zadzwoniono ze szkoly syna, ze leci mu krew z nosa bo dostal od kolegi w nos i mamy go odebrac, wiec maz pojechal. W srode wczesnie rano znow leciala mu krew, wiec zadzwonilismy, ze maly na wszelki wypadek zostanie w domu ale „najlepsze” bylo jeszcze przed nami … W czwartek mialam wyjatokowo moje Tageskind i to do 14;00. Kolo 13 dostalam telefon ze szkoly, ze Fikacz uderzyl sie w szkole i ma krwotok i zawolali juz pogotowie bo rana nie przestawala krwawic i mam malego odebrac i ewentualnie z nim pojechac karetka do szpitala jesli potrzebne by bylo szycie. W pierwszej chwili zrozumialam dyrektora, ze po prostu sie uderzyl i moge go jak Tageskind pojdzie do domu odebrac ale dyrektor powiedzial, ze krew leci. Wiec oczywiscie musialam dzwonic po mame malej zeby ja szybko odebrala i za 15 minut pieszo powinnam byc w szkole (nie mam auta). Na szczescie zadzwonili ze szkoly za chwile i pani ze swietlicy mi zaproponowala, ze zaraz po mnie moze przyjechac nauczycielka religii i mnie podwiezc do szkoly. Akurat jak podjezdzalysmy, to byl juz ambulans. Zaprowadzono mnie do Fikaczka i uspokajana, ze wyglada to gorzej niz w jest w rzeczywistosci ale musze przyznac, ze jak malego zobaczylam na kozetce z prawie cala buzia umazana z krwi, to lekko sie pode mna ugiely nogi ale musialam przed malym pokazac, ze trzymam sie. Przyszli zaraz dwaj sanitariusze, pytali jak doszlo do wypatku, czy byla utrata przytomnosci, wymioty,bol glowy … Maly zaczal plakac bo bal sie, ze dostanie zastrzyk ale na tezec byl szczepiony wiec obylo sie bez tego i go panowie uspokajali, ze o zastrzyku moze juz zapomniec :) Z racji, ze byla 13:00 i zaden lekarz nie mial otwarte, musielismy jechac do najblizszego szpitala aby rane obmyc i dokladnie obejrzec. Maly nie chcial jechac ale go namowili sanitariusze, ze co jutro w szkole opowie jak nie pojedzie ambulansem :) Wiec pojechalismy. Na miejscu sie okazalo, ze naprawde nie trzeba szyc, po obmyciu, rane na guzie (1 cm) posmarowano specjalnym zelem i wlasciwie moglismy isc do domu. Lekarz nas tylko pouczyl, ze dalej obserwowac czy nie ma pogorszenia stanu zdrowia – wymioty, pogorszenie widzenia, bol glowy …. O 15:00 ze szpitala odebral nas maz bo przeciez nie mialabym z nim jak wrocic do domu. Po drodze zawiozlam meza znow do pracy i do szkoly po rzeczy Fikaczka, bo z tego wszystkiego zapomnielismy kurtki, plecaka i butow (pojechal w zmiennych). Wszystkie dzieci sie zlecialy i pytaly jak sie Fiki czuje, takze panie ze swietlicy chcialy zapytac o jego zdrowie. Potem pojechalismy na zakupy szybkie i do domu czekac na Tusie az wroci z przedszkola. W piatek maly poszedl normalnie do szkoly ale prosilam wychowawczynie, zeby na niego na przerwie uwazala, zeby nie dziczyl zbytnio zeby znow sie rana nie otwarla. Po odstawieniu Tageskind do domu 9bo mialam ja do 12:000, pojechalam po Fikiego i na 13 musielismy do ergoterapeuty ale juz na trening pilki nie ryzykowalam go puszczac i pojechalismy prosto do domu, poinformowalam tylko kierowce busa zeby Tusie prosto do domu przywiozl a nie pod trening Fikacza. Juz myslalam, ze za nami akcje ze zdrowiem dzieciakow a tu Tusia w sobote chwyta sie za ucho i ala!!!! Dzwonilismy kolo 18 na numer informacyjny jaki lekarz ma dyzur i kolo 19 przyjechal jakis lekarz z Wolnzach i stwierdzil, ze do bolacego ucha nie da sie zajrzec bo mala ma duzo woskowiny wiec skierowal nas do kliniki w Ingolstadt aby tam moze oczyscili wewnatrz i sprawdzili czy nie ma jakichs bakterii wiec ruszylam z mala w droge ale na miejscu sie okazalo, ze udalo sie zajrzec do ucha ale stwierdzono w obu, ze jest zaczerwienienie. Zalecono trzy razy dziennie krople do nosa i lek przeciwgoraczkowy. Oczywiscie nie obylo sie bez glosnych protestow podczas badania – juz samo badanie stetoskopem wprawilo mala w histerie, pozniej bylo tylko gorzej jak przyszlo zagladanie do gardla i uszu …. Aplikowanie lekow w domu tez nie obylo sie bez walki no ale mala poczula sie lepiej. Na wszelki wypadek zostanie w poniedzialek w domu zeby sie doleczyla bo juz dluzszy czas chodzila z kaszlem i katarem.

Dzisiaj o 10;00 mielismy wyznaczona (ponad miesiac temu) rozmowe z lekarzami z kliniki badajacej autyzm. Na szczescie musielismy jechac na spotkanie do przedszkola Tusi a nie jak w listopadzie do Monachium …. Krotko przed 9:00 zadzwonil telefon ze szkoly Fikaczka …. Okazalo sie, ze musimy go odebrac bo leciala mu krew z nosa. Jak mnie zapewniono przez telefon, nie jest to juz tak tragiczne jak na poczatku ale odebrany musi byc. Maz po niego szybko skoczyl i niestety musial z nami jechac do Tusi do przedszkola. Wedlug tego co mezowi powiedziano w szkole, malego uderzyl w nos jego kolega z klasy ale nasz synalek prowokowal go przezwiskami :P O 9:30 ruszylismy do przedszkola na rozmowe. Na rozmowie dowiedzielismy sie niewiele wiecej niz poprzednio czyli mala razej nie ma autyzmu, jednak nadal podtrzymywano, ze mala ma lek separacyjny. Lekarka z kliniki znow oserwowala mala w grupie i mowila, ze wiecej juz utrzymuje kontakt wzrokowy z wychowawczyniami (oczywiscie mniej z obserwujaca ja lekarka:P), opowiada wiecej, zachecala cala swoja grupe, zeby podeszla do okna i zobaczyla jaki ptaszek przylecial do ogrodka w przedszkolu. Wedlug lekarki, takie zachowanie zaprzecza temu zeby mala mogla miec autyzm ale trzeba pamietac, ze w listopadzie na badaniach mala nie chciala zbytnio wspolpracowac, wiec 100% pewnosci nie ma. Musimy odczekac troche czy pojawia sie kolejne postepy a jesli nie, to mala znow bedzie musiala przyjechac na kontrole do kliniki w Monachium. Podczas rozmowy nasz Fikaczek bardzo grzecznie i cicho sie bawil. Pozniej na chwile odwiedzilismy Tusie w jej grupie. Akurat sie bawili w ogrodku bo byla ladna pogoda:) Potem na 11:00 szybko polecielismy do terapeutki Tusi na rozmowe. Ogladalismy nagrany film, na ktorym sie ostatnio z Tusia bawilam. Terapeutka powiedziala, ze bardzo duzo robie dobrze, tzn. nie narzucam Tusi jak sie bedziemy bawic – pytalam ja kto bedzie jaka postacia posrod laleczek. Jak wolalam Tusie po imieniu i oczywiscie nie reagowala bo jej sie nie chcialo lub z jakiegokolwiek innego powodu, to probowalam dalej do niej dotrzec, jak slowa nie pomagaly, to musialam ja lekko w ramie dotknac i znow powtorzyc imie az zareaguje i udawalo sie :) Jedyne, co troche zle robilam, to jak Tusi sie przewrocilo cos w domku dla lalek, to ja od razu mowilam „A nic sie nie stalo” ale terapeutka mowila, ze dla nas doroslych to nic takiego ale dla dziecka to moze byc koniec swiata i choc to trudne, to nie reagowac schematycznym „nic sie nie stalo” tylko wspolczuc, mowic dziecku, ze rozumiemy jego zal i smutek. Umowilismy sie, ze nastepne spotkania bedziemy robic co kilka miesiecy bo tak czesto jak do teraz, nie jest to nam potrzebne. Pytalismy sie tez o obowiazek szkolny Tusi. Z racji, ze jest urodzona w koncu lipca, to do szkoly by szla w wieku 6 lat i kilku miesiecy a to, ze jak dotad ma troche brakow jesli chodzi o rozwoj (glownie slownictwo), to moznaby poczekac rok i wyslac ja do szkoly pozniej ale wtedy klasy diagnostyczne, do ktorej chodzi teraz jej brat, nie bardzo chetnie chca brac dzieci, ktore pozniej niz w wieku 6 lat poszly do szkoly ale znow terapeutka, z ktora na koncu rozmawialismy, mowila, ze zna wrecz przeciwne przypadki ale do tego czasu az bedzie szkola, Tusia moze zrobic bardzo duze postepy i pojdzie po prostu do „zwyklej” szkoly. Zobaczymy…

w zeszłym tygodniu musiałam jechać z Fikaczkiem do laryngologa na przeprowadzenie testu, o którym wspominała mi przed świetami laryngolog. badanie ma na celu zbadać czy występuje zaburzenie w przesyłaniu impulsu płynącego z mózgu. Znalazłam laryngologa niedaleko przedszkola Tusi i pojechaliśmy. Lekarka bardzo sie zdziwiła po co ja chce robić taki test i kto mnie do niej wysłał. Wiec tłumaczyłam od początku, ze mały od dłuższego czasu chodzi do logopedy i ergoterapeuty, ze ma problemy ze słownictwem i koncentracją i zalecono wykonanie testu zeby znaleźć przyczynę problemow. Lekarka nie była chętna zbytnio ten test wykonać bo powiedziała, ze najpierw wykona tzw. MAUS Test, który składał sie z trzech części. Fikacz miał słuchawki i miał powtarzać usłyszane słowa, najpierw bez szumu, potem w drugiej części z szumem a w ostatniej miał powtarzać dwa słowa i powiedzieć czy są takie same. Wyniki były … Jakby to powiedzieć …. Niezbyt. W dwóch pierwszych częściach mały uzyskał bardzo mało punktów (9/36) a w trzeciej, podobno najtrudniejszej, uzyskał niespodziewanie  dużo punktów. Na tej podstawie lekarka stwierdziła, ze wykonanie testu, po który przyszłam, nie ma sensu. Gdyby brała pod uwagę tylko dwie pierwsze części testu, to test miałby sens ale gdy trzecia,najtrudniejsza cześć przynosi dużo punktów, to trzeba gdzie indziej szukac przyczyn I logopeda powinien wiecej ćwiczyć z małym. Super, dowiedziałam sie za 25€ tego co juz właściwie wiedziałam – to co łatwe, to nie interesuje mojego syna i ma słabsze wyniki a to co trudniejsze, jest dla niego wyzwaniem. No cóż, zobaczymy kiedy znow zatrudnia logopedę w centrum terapii gdzie chodzi mały. Poki co od nowego roku ma przerwę …

Stresowy weekend

Brak komentarzy

zeszly weekend nie należał niestety do udanych …. Zaczęło sie w piątek. Rano Fikaczka odstawiłam z mężem do szkoły, zawiozłam męża do pracy, małe zakupy i do domu. Trochę poroniłam porządki i na 12:15 po Fikaczka i na 13:00 do terapeuty w Pfaffenhoffen. Zabrałam naszego psiaka ze sobą, wysiadam pod szkoła, patrzę a on ma koło ogona jakiś czerwony bąbel :/. Szybko do domu po książeczkę, telefon do weterynarza i na15:30 zamówiona wizyta. Gdy mały miał zajęcie z terapeutka, ja pojechalam zatankować bo oczywiscie jedna kreska…. Po drodze odebralam Tusie z przedszkola bo nie wiedziałam ile nam zajmie u weterynarza a busik miał koło 16:40 podjechać z Tusią koło szkoły gdzie Fiki ma trening piłki nożnej. Podskoczylysmy jeszcze do Kauflandu kupić zeszyt do nut na lekcje muzyki. Potem po Fikaczka i na trening. Szybko z Tusia i Mailo do weterynarza, mały w tym czasie grał. U weterynarza jednak nie byłam długo, bo mieli jakiś nagły wypadek, wiec weterynarz poświecił latarką pod ogonem i stwierdził jakieś zapalenie odbytu, dał dwa zastrzyki – antybiotyk i przeciwbólowy lek. Kazał przyjść jak będę w domu, wieczorem. Pojechałyśmy wiec z powrotem po Fikaczka, poznałam na treningu koleżankę z Polski, pogadaliśmy trochę. Pojechaliśmy po treningu do lekarza rodzinnego po receptę na leki dla męża, dalej odebrać męża z pracy i do domu. Krótko po 18 pojechałam z Mailo do weterynarza. Pies był tak zestresowany, ze pomimo zastrzyku,który miał go uspokoić, trzeba mu było dać jeszcze jeden, żeby zasnął. Nie był to całkowity ” głupi Jasiu” ale prawie :/ lekarz mi wytłumaczył jak wykona badanie. Cały zabieg musiał sie odbywać na ziemi bo tam jeszcze w miarę bezpiecznie sie Mailo czuł:) mimo zastrzyku przeciwbólowego piesio piszczał ale jak mnie przekonywał lekarz to tylko ze strachu. Udało sie usunąć płyn z bąbla, lekarz zaaplikował na koniec maść. Zapisał leki na piec dni i cała ta „przyjemność” kosztowała mnie 100€… Ciekawe czy uda mi sie coś dostać od ubezpieczyciela, spróbujemy……

W sobotę za to poszło lepiej bo wygraliśmy pierwszy mecz drużynowy w tenisa, w Landeslidze. Grałam jako druga rakieta, wygrałam 6:2,6:4 z trzy klasy gorsza zawodniczka. Niestety w deblu już mi nie poszło tak dobrze i z koleżanka z sąsiedniego klubu przegrałyśmy 7:6, 10:5. Z racji późnej godziny i według przepisów drugi set został rozegrany jako super tie break, do 10 punktów. Cały mecz jednak wygrałyśmy :)

w niedziele dzieciaki były na mszy dziecięcej i mogły przynieść swoje przytulanki bo opowiadano historie stworzenia świata oraz opowiadano o świętym Franciszku. Dzieciaki dostały po stempelku w książeczce, Fiki nawet dostał jeden stempel ekstra bo umiał powiedzieć, ze obrazek przedstawia świetego Franciszka :)

Jakis czas temu w przedszkolu Tusi pojawila sie pani psycholog z kliniki z Monachium specjalizujacej sie w diagnostyce autyzmu. Z racji, ze niektore zachowania Tusi nas niepokoily, postannowilismy mala przedstawic pani doktor. Dopiero wczoraj, po okolo moze 2 miesiacach, dostalam termin na omowienie spostrzezen psycholog co do Tusi. Tak sie akurat dzisiaj zlozylo, ze od 9 rano mialam w sumie 3 spotkania w przedszkolu. Najpierw z psycholog przedszkola, psycholog z kliniki i Heilpedagogin Tusi, potem u psycholog, ktora bada Tusie i Fikaczka – omowila ze mna wykonane testy (diagnozowanie autyzmu) a na sam koniec krotka rozmowa z fizjoterapeutka Tusi. Pierwsza rozmowa troche sie opozniala, bo psycholog z kliniki jechala z Monachium i pewnie trafila na korki. Dowiedzialam sie, ze Tusia byla obserwowana w grupie – podczas „Morgenkreis’, potem jedzenia i zabawy. Przede wszystkim uslyszalam, ze wiele przemawia za tym, ze mala nie cierpi na autyzm, jednak pewne zachowania sklonily psycholog do wyznaczenia nam terminu w klinice, aby tam mala dokladniej przebadac (przez godzine powinna sie sama bawic i bedzie wtedy filmowana, ja bede musiala wypelnic bardziej szczegolowy kwestionariusz). Te zachowania to: malo mimiki twarzy, interesowanie sie otoczeniem poprzez dotyk (mala sprawdzala fakture swetra psycholog poprzez glaskanie), nie interesowanie sie podczas obiadu tym co miala na talerzu – jesli jadla, to nie moglo byc nic ze soba pomieszane – jesli jakas fasolka dotknela ziemniaki czy zetknela sie z innym jedzeniem, mala to bardzo denerwowalo,co tez zwrocilo uwage psycholog, to to, ze mala poruszala w niekontrolowany sposob dlonmi (podczas siedzenia przy stole). Zaproponowano mi, po ewentualnym zdiagnozowaniu autyzmu (badz zdiagnozowaniu stanow lekowych, jakichs blokad czy czegos innego) okolo 2 tygodniowy pobyt w Centrum Dziecka w Monachium na oddziale dla dzieci i matek – tam odbywalby sie tzw. couching tzn. probowanoby mnie uczyc postepowania w sytuacjach „stresowych”, aby nie powtarzal sie u Tusi zly wzorzec zachowania i przede wszystkim uczono by mnie tego jak mam postepowac z dzieckiem, ktore zdiagnozowane schorzenie. Niestety wyznaczony termin na szczegolowe badanie wypadl troche niefortunnie, bo bedzie to pierwszy dzien Fikaczka w szkole (dzien wczesniej jest oficjalne powitanie) i prawdopodobnie maly wroci do domu dosc szybko (prawdopodobnie swietlica dopiero pozniej rusza) i nie zdazymy wrocic go odebrac. Uzgodnilam, sie sie dowiem jak to moze organizacyjnie wygladac i dam znac a pani psycholog   mi powie czy ewentualnie tydzien pozniej byly mozliwy kolejny termin badania ale moze to byc troche trudne bo w badaniu bierze udzial kilku fachowcow. Po tej rozmowie, musialam leciec na kolejna, aby sie dowiedziec jakie testy psychologiczne musiala Tusia robic (trwaly z dobra godzine, mala wytrzymala to nadzwyczaj dobrze, miala oczywiscie dwie przerwy na zabawe). Przeprowadzony test nazywal sie nieweralnym testem na inteligencje Snijdersa-Oomena. Jak mi wytlumaczyla pani psycholog, ten test mozna wykonac z kazdym dzieckiem i w jakimkolwiek jezyku bo nie chodzi w nim o rozumienie mowy. W praktyce wyglada to tak, ze nawet jakby prowadzacy nic nie mowil podczas kolejnych zadan, to dziecko intuicyjnie pojmuje czego sie od niego oczekuje – przyklad: dziecku przedstawia sie 4 obrazki, kazdy niedokonczony a nastepnie kladzie sie 4 brakujace elementy. Test ten byl podzielony na 6 podkategorii – mozaiki, kategorie, puzzle (nie takie typowe!), analogie, sytuacje i wzory. Kazda z tych podkategorii byla osobno oceniana, takze wiedzialam na jakim poziomie wiekowym byla Tusia. Ogolnie wynik testu wskazywal, ze mala jest na poziomie 3,5 roku (za kilka dni konczy 4 lata). Jesli chodzi o kategorie, to bylo bardzo duzo rozrzutu – w jednych byla ponad przecietna a w innych nawet na poziomie 2 lat i siedmiu miesiecy. Co pania psycholog nieco zaniepokoilo to sytuacja podczas ukladania puzzli. Byla to 10 ukladanka – do ulozenia byla dlon. Tusia od razu rozpoznala co to jest, zanim jeszcze zaczela ukladac, jednak mimo iz caly czas patrzyla na swoja dlon, nie udawalo jej sie poprawnie ulozyc klockow – za kazdym razem palce byly jakos nienaturalnie ulozone. Co pochwalila pani psycholog, to to,ze mala bardzo dlugo probuje sama rozwiazac problem, nie prosi o pomoc. Psycholog zauwazyla tez, ze mala nie utrzymuje kontaktu wzrokowego. Mala najlepiej zapunktowala w ostatniej podkategorii – rysowanie wzorow. Jesli chodzi o trzymanie olowka, trzyma go pewnie. Jej zadaniem bylo polaczyc kropki, najpierw prosta linie, pozniej coraz trudniejsze figury. Po rozmowie i otrzymaniu kopii testu, polecialam szybko do fizjoterapeutki, u ktorej  dostalam krotki feedback a mianowicie, po wakacjach fizjoterapia bedzie zastapiona terapia w dziedzinach, w ktorych Tusia ma nieco klopotow a wiec w mowie (logopedia). Po 11:00 bylam gotowa i moglam szybko podjechac na zakupy, potem do domu i czekac na Fikaczka az wroci z przedszkola. Zrobilismy dzisiaj dwa rodzaje ciasteczek – jedna z polewa czekoladowa, migdalami i platkami kukurydzianymi a drugie takze z migdalami, cos w stylu wloskich ciasteczek do kawy. Potem podjechalismy na trening lekkoatletyki, gdzie czekalismy na busik, ktorym miala wrocic z przedszkola Tusia (kolo 16:30 a wiec wtedy gdy zaczyna sie trening). Dzisiaj zajecia odbywaly sie na hali bo co chwile deszcz padal. Po 18 bylismy wreszcie w domku. Uffff….

Dawno nie zagladalam na bloga bo prawie dwa tygodnie temu wyladoowalismy z nasza Tusia w klinice dzieciecej …. Wszystko zaczelo sie od telefonu z przedszkola zeby mala odebrac bo ma strasznie spuchnieta warge i nie moze nic jesc i pic. Maz pojechal ja odebrac, bo ja akurat mialam pod opieka Tageskind, pozatym bylam bez auta. Lekarz, do ktorego zaraz z nia poszedl zapisal krople Fenistil i antybiotyk i wystawil zaswiadczenie, ze mala nie ma zadnej choroby zakaznej i moze isc do przedszkola. Ok, antybiotyk przyjety, krople tez wypila po namowach tatusia i myslalam,ze wszystko ok. Pojechalam przed treningiem do biblioteki, wracam do domu o 18:00 a mala pluje krwia i ma dreszcze … Podzwonilismy po szpitalach i w koncu na 116 117 (numer gdzie mozna w naglym wypadku dzwonic i podaja adres lekarza lub wysylaja karetke) i tam nam powiedziano, ze u nas pediatra ma dyzur i jechac do niego. Oczywiscie o 18 trwal mecz Niemiec i chyba pani doktor go ogladala bo z dobre 10 minut czekalam z placzaca mala. Nie chciala pokazac pani doktor buzi, z reszta miala bardzo spuchniete usta wiec pewnie bolalo ja wszystko :( Lekarka zdziwila sie czemu antybiotyk zapisano i wyslala nas do dzieciecej kliniki w Neuburgu … Pojechalam po meza i Fikaczka i do Neuburga …. Tam w poczekalni patrzylismy mecz, w koncu przyszla nasza kolej i mala obejrzala pani doktor. Pobrano malej krew i wbito wenflon i miala zostac na noc i dostac kroplowke. O 22 maz z synem pojechali do domu a ja na lozku obok spalam z mala w pokoju szpitalnym. Przed zasnieciem wpadla na chwilke pani doktor i powiedziala, ze z badania krwi wynika, ze antybiotyk nie jest porzebny, ze to wirus jakis. Mala noc przespala od 21:30 do ok 7:00. Rano, po wyprawieniu malego na busa, przyjechal maz bo myslelismy, ze mozemy juz do domu ale mala nie chciala pic ani jesc wiec nadal musiala byc pod kroplowka. Niestety nie moglam z mala wychodzic z pokoju bo to zakazne sie okazalo …. Z mezem zdazylismy na dol zjechac winda zeby mala troche pochodzila, a jak pojechal do domu bo maly z przedszkola wracal, to mi juz nie pozwolila:( Ciezko bylo w szpitalu, malej sie nudzilo, bolal ja wenflon … Dobrze, ze zabralam jednego „Franklina” do czytania, akurat o pobycie w szpitalu i ciagle go jej musialam czytac …. Mala sie nauczyla mowic „kloklowka” na kroplowke dzieki temu. Kolejny dzien musialysmy spedzic na oddziale ale tym razem noc juz nie byla spokojna – mala sie wyspala 2 godziny po poludniu a pozatym budzilo nas pipanie aparatury – gdy tylko mala zasnela na rece z wenflonem, zaraz sie zaginala rurka i plyn nie dochodzil. Bylam wykonczona po kilku godzinach snu … Do tego wyladowala mi sie komorka i nie moglam dac znac mezowi kiedy moze przyjechac. Poprosilam siostre ale ona nie zostawila zadnej wiadomosci na sekretarce (maz akurat byl na spacerze z psem) a jak maz oddzwonil, to inna bardzo niezadowolona siostra mi telefon przyniosla i powiedziala, ze byloby dobrze zebym uruchomila swoja komorke bo oni musze dezynfekowac telefon :) Maz nie dostal zadnej wiadomosci i przyjechal kolo 15 do nas z synkiem. Troche jeszcze czekalismy na decyzje czy mala moze wyjsc. Z samego rana w sobote odlaczyli juz kroplowke i mialam notowac ile mala pije i jak czesto do toalety chodzi. Po poludniu pielegniarka powiedziala, ze mala moze wyjsc, nawet sie jej pytala czy chce isc do domku juz :P Niestety poki mala miala w buzi pecherzyki, zakaza. Stwierdzono u niej wirusowe zapalenie blony sluzowej, wywoluje je wirus pochodzacy z otoczenia, bardzo czesto wystepuje u dzieci przedszkolnych, zwlaszcza takich jak Tusia bioracych ciagle palce do buzi …. U malej wytworzyly sie cos w rodzaju afty wewnatrz policzka i wyszly az na usta, ktore spuchly :( Powiedziano mi, ze do 2 tygodni moze to trwac az bedzie calkiem zdrowa. Popisalam z rodzicami Tageskinder, ze nadchodzacy tydzien nie moge przyjac zadnych Tageskinder. Gorzej bylo z meczem druzynowym. Jeden moglam opuscic – 29. maja bo bylo zastepstwo ale 6 lipca odbywal sie nasz ostatni mecz w sezonie, w ktorym walczyc mielismy o 1 miejsce i musialam grac :P Maz musial krotko po powrocie Tusi do domu leciec na 10 dni do Indii wiec nie mogl sie zajac dziecmi. Ustalilam wiec z rodzicami, ze wpadna do mnie na kilka dni zebym mogla zagrac. Mala byla ze mna tydzien w domu, w czwartek, tydzien po pojawieniu sie w szpitalu bylam u lekarza na kontroli zeby dostac atest do przedszkola i …. kolejny szok! Znow lekarz stwierdzil, ze mala jest zdrowa i nie zaraza a mala miala jeszcze na ustach pecherzyk! Dzwonili z przedszkola i pytali co i jak i przyznali mi racje, ze to jakas kpina chyba jest. Pojechalam do mojej lekarki, co prawda nie pediatry ale internistki ale nawet ona musiala mi przyznac racje, ze to nadal nie jest jeszcze koniec choroby. Zapisala znow plyn do odkarzania i kazala przyjsc w poniedzialek po atest bo po weekendzie musi juz byc wszystko ok. No nic, w piatek czekalam na rodzicow, dzieciaki do konca nie wiedzialy o wizycie dziadkow :) Fiki sie ucieszyl jak z treningu go z dziadkiem odebralam.W niedziele chwilke dzieciaki byly ze mna na kortach ale nie dlugo bo bylo bardzo goraco i rodzice je nad wode zabrali. Ja o 15:00 w duzym upale na kort wyszlam i po 2 godzinach zwyciestwo – 6:4 6:1 :) Bylo ciezko – z upalu az mialam mrowienie w rekach i bol glowy :/ Pomogla mi tabletka przeciwbolowa …. O 18 jeszcze debel, ktory przzegralismy ale wiedzialysmy juz, ze mecz jest nasz bo wszystkie gry pojedyncze wygralysmy. Caly mecz wygralysmy 11:3 i wieczorem z przeciwniczkami jadlysmy wspolnie w restauracji. Tata mnie odebral, zdazyl ostatnie 3 gemy obejrzec :p postawil nam dwa szampany i kazda sie troche napila z okazji zwyciestwa :) W poniedzialek u lekarza z Tusia bylo juz wszystko ok, nawet po namowach pokazala buzie i juz nie bylo zadnych pecherzykow i mala dostala zaswiadczenie do przedszkola. Rodzice pojechali do domu we wtorek, rano jeszcze mama odprowadzila ze mna na busika mocno opierajaca sie Tusie :p  Ja w ten dzien zabralam Fikaczka na pierwsze zajecia z lekkoatletyki, zeby zobaczyl czy my sie to bedzie podobalo. Ku mojemu zdziwieniu poszedl dosc chetnie. Na poczatku nie za bardzo chyba rozumial zasady gry, chyba grali w dwa ognie ale pozniej widzialam, ze kolejne zabawy z pilka juz znal i chetnie biegal i smial sie. Nastepne zajecia odbeda sie na stadionie, chyba, ze znow bedzie padal deszcz … Fiki pytal kiedy znow do pani na trening moze przyjsc :P W srode znow przyszla moja Tageskind, w czwartekmialam wolne a w piatek przyszly obydwoje Tageskinder no i oczywiscie bylismy na treningu pilki noznej. W sobote o 7:00 wrocil wreszcie maz z Indii i dzieciaki sie na niego rzucily :) Po poludniu jeszcze wyprawa na rowerkach, ktore rodzice z Polski przywiezli bo nam sie niestety nie zmiescily do auta. Jutro czeka nas letni festyn w przedszkolu – o 12:00 pomagam myc naczynia przez dwie godziny (w tym czasie dzieci sa pod opieka jednej z pan) a o 15:00 ma wystepowac Fikaczek – jego grupa bedzie spiewac 3 piosenki. O 17 jest koniec festynu i maz ma pomagac skladac wszystko, potem do domu bo mamy zaproszonych gosci na mecz. Z racji, ze Niemcy sa w finale i nie zdarza sie to codziennie, Fiki bedzie mogl popatrzec na mecz :)

Dwa tygodnie temu moje Dziecie mialo towarzyski mecz pilkarski z druzyna z niedalekiego Vohburga :) Tym razem mecz odbywal sie u nas i ja i maz moglismy malego ogladac. Mecz wypadl w piatek o 17:00, wiec o 15:30 nie bylo treingu. Mialam auto, wiec zabralam Fikaczka i mojego Tageskind kolo 16:00 na zbiorke przed klubem i tam tez czekalam na Tusie az wroci z przedszkola busikiem. Bylo bardzo cieplo :/ Nasz Mailo pojechal z nami kibicowac oczywiscie :) Fiki mial isc do przebieralni ubrac klubowy stroj ale zaczal mi plakac, ze sie wstydzi i nie chce ;( W koncu poszedl ale okazalo sie, ze nie ma wystarczajaco duzo kompletow i dzieciaki beda musialy grac na zmiane. Poszlismy w kierunku boiska i po drodze spotkalismy meza, ktory wrocil z delegacji w Austrii. Rozbilismy nasz maly namiocik dla ochrony przed sloncem i wszyscy kibicowalismy Fikiemu. Mecz zakonczyl sie co prawda przegrana druzyny syna 9:7 ale kazde dziecko na koniec dostalo symboliczna nagrode :)

Pisalam juz we wczesniejszych postach o tym, ze w przedszkolu Tusi co jakis czas przyjezdza Heckscher Klinik z Monachium, ktora specjalizuje sie w badaniu autyzmu. Potrzebne papiery do zgloszenia malej przekazalam juz przedszkolu jakis czas temu ale jak mi mowiono podczas ostatniej rozmowy z wychowawcami malej (w lutym), moge sie spodziewac pierwszego wolnego termiu w lecie a tu taka niespodzianka – w zeszlym tygodniu dostalam telefon od pani psycholog z tej kliniki z pytaniem, kiedy bym mogla przyjsc na rozmowe z paniami psycholog z kliniki. Termin ustalilam na dzisiaj, musialam tylko moja mala podopieczna „przesunac” na jutro i o 9:30 bylam w przedszkolu Tusi. Rozmowe ze mna prowadzily dwie panie psycholog, jedna z nich kojarzylam ze spotkania informacyjnego zorganizowanego jakis czas temu w przedszkolu Tusi, wlasnie na temat autyzmu, druga byla z tego co zrozumialam z kliniki w Monachium. Panie przeprowadzily ze mna ogolny wywiad a pozniej mialy mala poobserowac w jej grupie,jak sie zachowuje, czy wykazuje jakies cechy charakterystyczne dla dzieci autystycznych. W przyszlym tygodniu zostane poinformowana, gdyby u malej wystapily jakies jakies podejrzenia o autyzm. Wowczas bede musiala chyba dwa razy pojechac do kliniki w Monachium gdzie mala bylaby filmowana podczas zabawy itp oraz musialabym wypelnic bardziej specjalistyczny formularz. Zobaczymy co sie okaze.

Wczoraj spedzilam milo dzien z moim synkiem w Monachium. Dostalismy termin z pania psycholog w sprawie wysatwienia swiadectwo o Fikim, ktore moglabym przedstawic w przyszlej szkole i ewentualnie sprobowac dzieki niemu zeby maly poszedl do swietlicy, w ktorej jest wykwalifikowany personel. Maz niestety nie mogl nam towarzyszyc a z racji, ze termin dostalismy dopiero na 11:00, zeby sobie zaoszczedzic stresu postanowilam wybrac sie z malym pociagiem :) Maly zawsze lubil pociagi wiec pomyslalam ze to bedzie super pomysl. Zeby miec zapas, ruszylismy juz o 8:28 do Monachium. Na dworcu kupilismy sobie bilety na metro, jedna linia pojechalismy zeby zlapac U 6, ktorym okolo 20 minut jechalismy w kierunku kliniki Grosshadern. Stamtad jeszcze na piechotke jakies 5 minut drogi mialo byc. Z racji, ze pierwszy raz jechalam do Monachium nie samochodzem (nie cierpie jezdzic do Monachium autem, z powodu prolemow z parkowaniem a pod klinika jest o to baaardzo trudno, pozatym nie wspomne o korkach w godzinach porannych na autostradzie:P) nie wiedzialam ile nam zajmie dotarcie na miejsce. Na szczescie z czasem wygladalo dobrze, wiec po drodze gdy natknelismy sie na Penny, postanowilismy wejsc cos sobie kupic do przekaszenie – w klinice niestety nie ma zadnego barku. Dotarlismy w koncu kolo 10:20 na miejsce i na szczescie psycholog nas wczesniej przyjela. Okazalo sie, ze wlasciwie na darmo w sumie przyjechalismy bo pani psycholog zanotowala sobie co innego w sprawie naszego spotkania i byla bardzo zdziwiona gdy przekazalam jej, ze dostalam telefon z kliniki, ze przekazano pani psycholog mojego maila, w ktorym pisalam, ze w szkole Fikaczka nie ma Heilpedagogisches Tagestaette czyli swietlicy z personelem typu: logopeda, heilpedagog itp a po ostatniej wizycie u pani psycholog w marcu, mialam dac znac czy taka swietlica jest a jesli, nie pani psycholog musi napisac opinie o malym, Pani psycholog mowila, ze chyba ktos tu sie za bardzo postaral wypelniajac swoje obowiazki ale niewazne. Obejrzala strone WWW szkoly Fikaczka i stwierdzila, ze oferta swietlicy mimo, ze nie ma specjalistycznego personelu, oferuje ciekawe rzeczy (dzieci sie bawia, robia wycieczki, robia zadania domowe ..) i w sumie nic zlego nie zrobimy jesli maly tam bedzie do niej chodzil, tym bardziej, ze obecnie znajduje sie pod opieka specjalistow w przedszkolu i zrobil bardzo duze postepy. Dodatkowym atutem przemawiajacym za chodzeniem do „zwyklej” swietlicy jest fakt, ze bedzie przebywal z kolegami z klasy co jest wazne dla jego kontaktow socjalnych, a nie bedzie znow wyrywany i wsadzany do nowej grupy. Ustalilismy, ze odczekamy pol roku i w styczniu zadzwonie do pani psycholog powiedziec jak sobie maly radzi Gdyby cos nie gralo, zawsze moze pojsc do takiej swietlicy Dodatkowo zalecono mi zapytac sie w lato logopedy z przedszkola, czy po pobycie w przedszkolu, maly nadal potrzebowalby terapii. Podczas rozmowy maly zajmowal sie rysowaniem i nie przeszkadzal nam :) Pokazywal potem pani psycholog i opowiadal co przedstawia jego dzielo :) Potem poszlismy na metro i wrocilismy do centrum zeby zachaczyc o McDonalda – byla to obiecana nagroda za dobre zachowanie :) Kupilismy dwa Happy Meale (dla Tusi tez) i dzieciaki dostaly pudelko – potworka na jabluszko :) Potem zebralismy sie i jeszcze jedna stacje pojechalismy metrem na dworzec. Udalo nam sie wracac juz o 13:07, jeszcze chwile czekalismy na pociag Fiki bardzo chial jechac pietrowym pociagiem i juz w takim siedzial ale okazalo sie, ze to nie nasz i musial wysiadac i bardzo byl z tego powodu niezadowolony, jeszcze bardziej jak podjechal nasz i nie byl pietrowy :( Ale szybko dal sie pocieszyc partyjka „Chinczyka” Angry Birds rozegrana na stoliczku :) Gralismy tak samo w drodze do Monachium a w metrze nawet udalo nam sie zagrac w „Uno”:) Maly byl bardzo zadowolony z wycieczki tylko z mamusia :)

Ledwo wczoraj bylismy w Monachium z dzieciakami w Centrum Dziecka, dzisiaj czekal mnie juz kolejny termin. Dzisiaj mialam wyznaczone spotkanie z Heilpedagogin Tusi. O 13 odebralam Fikiego z przedszkola a dokladnie z busika bo o 13:00 dzieciaki ruszaja w droge do domu spod budynku szkoly, w kotrej znajduje sie tez przedszkole Tusi. Wpadlam jak bomba na dziedziniec i na szczescie opiekunka mnie zauwazyla i kazala malemu z busa wysiadac. Bylam pewna, ze ruszaja o 13:05 no ale nic sie nie stalo, maly nie odjechal :) Poczekalismy troche na terapeutke a kiedy przyszla poszla do grupy Tusi sprawdzic czy mala juz wstala z poobiedniej drzemkie. Byla troche zaspana i na nie :) Poszlismy razem na 2 pietro do pokoju terapeutycznego. Fiki go kojarzyl bo w ferie tam mogl sie bawic z kolega. Mielismy siasc w czworke przy stole – iwo, ja i leti oraz pani. Tusia robila teatr troszke, zaslaniala sie i krecila na wszystko nie. Pani probowala mala namawiac do gry i mowila mi, ze to takie troche robienie teatru z jej strony. Gdy widac bylo, ze nie ma sensu mala zmuszac, powiedziala Tusi, ze moze wybrac w co sie chce bawic ale mala dalej byla na nie. Probowalysmy ja namowic do zabawy w budowanie wiezy i puszczanie tam potem pileczki. Na poczatku nie chciala, siedziala mi na kolanach ale po czasie dala sie namowic i powrzucala wszystkie kuleczki. Potem zapytana czy chce sie jeszcze dalej bawic, powiedziala, ze nie :) Zapytana czym by sie chciala bawic, pokazala na domek dla lalek i razem z bratem bawili sie. Bawila sie lalkami – babcia i dziadek jezdzili na deskorolce :) Potem polozyla ich spac, potem chodzila laleczka po schodach tam i z powrotem. Potem nastapil zgrzyt bo zaczeli sobie z bratem wyrywac lozeczka laleczek i leti miala poprosic o oddanie (umie to zrobic) ale nie chciala. Zeby dalo sie jeszcze porozmawiac, pani zaprowadzila ja z powrotem do grupy i porozmawialysmy jeszcze.  Pani mi radzila, zeby mala gdy nie umie sie dogadac z kims nie wybierala obrazania sie i wychodzenia z pokoju bo to nie pomoze rozwiazac jej w przyszlosci konfliktow. Gdy mala robi mi akcje typu wszystko nie, wybrac ten sposob ‚uspokojenia” jej jaki pomoze jej szybko sie uspokoic – w moim wypadku chyba najlepiej dzialalo gdy bylam z nia w pokoju i nie wyprowadzajac sie z rownowagi mowilam do niej spokojnie, ze nie musi krzyczec, ze mama poczeka az sie uspokoi, jedyne czego nie robie wtedy to nie patrze na mala, tak delikatnie ja ignoruje wzrokiem :) Terapeutka powiedziala tez, ze potwierdza ze takie treningi pomagajace w zrozumieniu reakcji dziecka jakie oferuje klinika w Monachium daja dobre efekty i jesli uwazam, ze potrzebujemy czegos takiego, to mozna to zawsze zrobic. Ja wole poczekac i poprobowac, musi byc w koncu lepiej :) Potem zeszlismy na dol odebrac Tusie, plakala jeszcze w grupie wedlug pan. Jak weszlam do sali to Tusia sie schowala za szafka z klockami a jak mnie zobaczyla, to szybko do mnie z placzem. Pani mowila, ze to dzis widac bylo niewyspanie i dlatego te ceregiele byly. Wzielam mala na rece i pojechalismy do pediatry bo Fiki mial miec dzisiaj odswiezone szczepienie. Bal sie bardzo i plakal przy zastrzyku ale szybko sie uspokoil. Potem szybko do biblioteki i do domu, ufff….:)


  • RSS