mamawniemczech blog

Na moim blogu opisuję codzienne życie mamy w Niemczech. Jestem dumną mamą chłopca i dziewczynki. Serdecznie zapraszam na mojego bloga! Komentarze mile widziane!

Ciąża była dla nas niespodzianką. Moja intuicja podpowiadała mi, że mogę spodziewać się dziecka i wykonałam test ciążowy jeszcze przed spóźniającym się okresem – mąż  się tylko śmiał. Zrobiłam jeszcze z 3 testy i dopiero na ostatnim uwierzył, bo druga kreska była wyraźna ;P Poszliśmy razem na 1 wizytę do ginekologa (trochę się bałam iść sama z powodów językowych). W Niemczech każda ciężarna dostaje tak zwany Mutterpass-zeszyt prowadzonych badan przez całą ciążę. Wykonano USG, pobrano krew i po chwili oczekiwania pogratulowano nam :) W recepcji otrzymałam pudełko pełne ulotek, różnych gazet dotyczących ciąży,porodu, wyboru kliniki, w której się chce rodzic oraz różne próbki – kosmetyków dla dziecka, dla kobiet w ciąży itp. Każda kontrolna wizyta u lekarza rozpoczynała się rutynowo od badania moczu, ważenia …. Krew również jest pobierana ale nie przy każdej wizycie. Lekarze wykonują standardowo 3 badania USG przez całą ciążę (jest to płacone przez kasę chorych) a każde pojedyncze zdjęcie kosztuje 30 Euro. Proponowane jest wykonywanie USG poprzez cały okres ciąży – jest to kwota ok 140 Euro. Dodatkowo, za odpowiednia opłatą można wykonać testy wykluczające wady genetyczne (koszty te to ok. 45 euro za test), test na cukrzyce w ciąży (koszt 45 euro), test na toksoplazmozę (25 Euro). Testów genetycznych nie wykonywałam wcale a te pozostałe robiłam zawsze w Polsce bo taniej.
Przed porodem chodziliśmy z mężem do szkoły rodzenia – kasa chorych opłaca udział kobiety ciężarnej w takim kursie a płaci się tylko za partnera -koszt ok 60 Euro jeśli pamiętam. Zajęcia prowadzi położna – w naszym przypadku była to położna pracująca w klinice, w której rodziłam. Na jednym z zajęć byliśmy oprowadzani po klinice, dowiedzieliśmy się o możliwości porodu w wannie. W Niemczech w każdej klinice znajduje się specjalny pokój, w którym następuje tak zwane przygotowanie do porodu. Jest duże łóżko, za nim ustawione są drabinki, są piłki gimnastyczne, stoliczek i kanapa, można posłuchać muzyki relaksacyjnej, pali się solna lampka- słowem atmosfera bardzo domowa. Położna bada ciężarną aparatem CTG (bada tętno płodu, sprawdza częstotliwość skurczy). Sala obok to sala gdzie znajduje się wanna do porodu a następne 2 sale to sale porodowe. Mój poród trwał według położnych bardzo krótko – o 15:00 zaczęły się właściwe bóle, o 18:00 byłam na sali a o 18:42 urodziłam. W klinice byłam jednak od bardzo wczesnych godzin rannych bo krwawiłam ale nie było rozwarcia, poza tym poród był wywoływany (mały był 11 dni spóźniony). Próbowałam rodzić w wannie ale jakoś nie przynosiło mi to ulgi, poza tym za wcześnie weszłam. Potem chciałam dostać znieczulenie zewnątrzoponowe ale w końcu położne stwierdziły, że już za późno bo szybko doszło do odpowiedniego rozwarcia. Musze uprzedzić, że w Niemczech nie jest rutynowo wykonywana lewatywa wiec podczas porodu trochę się wstydziłam ale potem było mi już wszystko jedno – nie jedno tam widzieli i słyszeli ;P Przy porodzie asystowała lekarka, położna, praktykantka, mój mąż i mama :D Podczas porodu nacięto mnie i krotko po porodzie zjawił się drugi lekarz i po otrzymaniu znieczulenia (bardzo szybkie działanie) zostałam zszyta-wydawała mi się to wieczność :) Dziecko nie opuszcza sali porodowej ani na chwile – przy mnie zostaje zważone, zmierzone, zbadane i umyte. Następnie dostaje je na pierś i zostajemy odwiezieni na obserwacje. Położna wykonuje wtedy pamiątkowe zdjęcie, które jest umieszczone w galerii na stronie kliniki i zostajemy odwiezieni do pokoju. Na noc położna zabiera dziecko żeby matka mogła odpocząć. W nocy zostałam obudzona na pierwsze karmienie i poszło super! W klinice spędziłam 5 dni. W tym czasie dziecku pobierają krew ze stopek, ortopeda ogląda stopki niemowlaczka a w dniu wypisania przychodzi pediatra na tak zwane U2- badanie 2, które wykonuje się niemowlęciu kilka dni po porodzie. Zostałam poinformowana o konieczności podawania dziecku witaminy D i poproszona na wizytę za miesiąc na pierwsze szczepienia. Jeszcze tylko czekała mnie kontrola – czy gojenie przebiega dobrze i po południu odebrał nas mąż. W klinice zawsze mogłam liczyć na pomoc położnej – przy łóżku miałam guzik, który ja wzywał jeśli w danym momencie nie mogła podejść, to uprzedzała i zjawiała się tak szybko jak mogła. W 2 dobie mój maluszek musiał zostać dokarmiony mleczkiem modyfikowanym ale tak to wisiał na piersi :P Na pożegnanie każda z mam otrzymała malutkie skarpeteczki dla dziecka, otrzymała komplet próbek kosmetyków i kolejnych interesujących gazet. Położne pokazywały też w jaki sposób kąpać niemowlę ale ja niestety nie mogłam zobaczyć bo mój postanowił głośno domagać się jeść i musiałam udać się do specjalnego pomieszczenia dla matek karmiących. Po powrocie do domu przychodziła do nas 5 razy położna – ważyła maluszka, sprawdzała jak goi się kikut pępowiny, badała także mnie (ciśnienie, temperatura, sprawdzała  jak zwija się macica). Byłam bardzo zadowolona z opieki w klinice ale jedna rzecz mi się nie podobała – położne ogólnie mówiły, że należy karmić dziecko na zadania wiec tak robiłam ale mój I.  miał kolki więc prosiłam o specjalne kropelki, które pomagały natychmiast (polecam! nazywają się Sab Simplex) aż w końcu jedna z sióstr czy położnych powiedziała, że nie da mu bo ja dziecko przekarmiam, że on ma malutki żołądeczek i jak ja mu nie robię przerw, to on dostaje kolek. To był jedyny trudny czas dla mnie – nie wiedziałam już kogo mam słuchać, jak karmić ale postanowiłam słuchać swego głosu i karmiłam na żądanie a po krople poszłam do lekarza kiedy przyszłam na pierwsze szczepienie.

W Niemczech bywałam sporadycznie – w odwiedzinach u babci, jako mała dziewczynka. Kraj ten wówczas był w porównaniu z Polska rajem – wiele rzeczy było dostępne tylko tam. Mnie interesowały głównie lalki Barbie:) Później przyjechałam znów w wieku 15 lat – turniej tenisowy. Mieszkałam wtedy jak się potem okazało u mojego przyszłego męża :) Później widzieliśmy się 3 lata później i coś zaiskrzyło miedzy nami – rozpoczęliśmy związek na odległość, który zakończył nasza rozłąkę w 2005 roku kiedy to skończyłam studia – wtedy na stale przyjechałam do Wuppertalu, do męża. Mieszkaliśmy razem z jego rodzicami ale nie długo bo nie cały rok później mąż znalazł prace i wyprowadziliśmy się na Bawarię. Ślub cywilny braliśmy w 2003 roku w Wuppertalu – pomyślałam „Lepiej tak, gdybym kiedyś musiała mieszkać w Niemczech”. Niemiecki rozumiałam ale i tak musiałam mieć tłumacza. Na szczęście mogłam kogoś przyprowadzić a nie wynajmować urzędnika. Musiała to tylko być osoba nie spokrewniona ani ze mną ani z mężem.

Witam wszystkich!


Pisanie blogow staje sie coraz bardziej popularne, pomyslalam-sprobuje i ja :) Zalozenie nie bylo trudne, wrecz dziecinnie proste, tak wiec zaraz postanowilam umiescic moja pierwsza notatke. 
Zapewne wchodzacy na bloga chcieliby wiedziec z kim maja do czynienia i po co chce blogowac, a wiec krotko o mnie:
Mam 29 lat, pochodze z Gliwic a obecnie od 3 lat mieszkam w Niemczech, gdzie poki co zajmuje sie wychowywaniem 2-letniego synka i oczekuje na narodziny coreczki. Chcialam zalozyc bloga poswieconego informacjom na temat zycia codziennego w Niemczech, wychowania dzieci. Bardzo zalezaloby mi na tym aby moc wymieniac sie informacjami z osobami, ktore znajduja sie w podobnej sytuacji jak ja – mieszkaja z daleka od ojczyzny, maja dziecko/dzieci lub aktualnie na nie oczekuja i czuja sie lekko zagubione. Chetnie wymienie sie posiadanymi informacjami, podziele sie doswiadczeniem zwiazanym z porodem, wychowaniem i pielegnacja dziecka. Serdecznie zapraszam!



  • RSS