mamawniemczech blog

Na moim blogu opisuję codzienne życie mamy w Niemczech. Jestem dumną mamą chłopca i dziewczynki. Serdecznie zapraszam na mojego bloga! Komentarze mile widziane!

Wpisy z tagiem: Monachium

W zeszla niedziele mialam juz 3 mecz druzynowy w tenisie. W zeszlym roku awansowalysmy do Landesligi, co oznacza dla nas granie z najlepszymi zawodniczkami z Monachium, ewentualnie z nieco dalej polozonych miejscowosci co w tym roku zdazy sie tylko raz (podroz 150 km). Pierwsze dwa mecze niestety dosc gladko przegralysmy wiec teraz liczylysmy na zwyciestwo zeby  miec szanse na pozostanie w grupie. Po moich ostatnich wystepach i meczeniu sie za kazdym razem walka w 3 setach, tym razem postanowilam nie denerwowac sie tym, ze gramy z lepszymi od siebie o 5 klas. Mecz mialysmy wyznaczony na 10 rano w Monachium, zbiorke w klubie juz o 8:30 a wieczorem o 18:00 grala Polska z Irlandia. Z tego powodu zdecydowalam sie pojechac na mecz bez rodzinki bo na pewno bysmy nie zdazyli do domu na mecz. Wiec wyszlam z domu o 8:00 a wrocilam do domu o 20:00 ….

Gralismy przeciwko HVB (Hypovereinsbank) Tennis Klub, na miejscu dowiedzialysmy sie, ze dostaniemy od razu 6 kortow do dyspozycji (wymogiem sa 3 bo to Landesliga) wiec teoretycznie skonczylibysmy mecz wczesniej, jednak okazalo sie, ze jedna z naszych dziewczyn przyjechala ze swoim malym synkiem i jedna z nas musiala na niego uwazac, wiec o 10 wystartowala piatka. Ja wolalam nie wiedziec z jaka Leistungsklasse gram (im wyzsza tym lepsza jest zawodniczka) i gralam po prostu swoje i …. udalo sie mi wygrac z LK 8 czyli o 5 klas lepsza:) Zaraz po skonczonym meczu poszlam dopingowac reszte kolezanek. Po grach singlowych prowadzilysmy 4:2 wiec do zwyciestwa wystarczyl nam 1 zwycieski debel. Po meczach singlowych musialysmy czekac troche na wolne korty i ustalaysmy taktyke kto z kim zagra w grze podwojnej. Niestety kolezanka z dzieckiem musiala jechac na urodziny wiec w deblu musiala nam pomoc inna zawodniczka klubu i jedyna, ktora mogla nam pomoc (grala w Landeslidze) byla akurat w 3 ciazy (5 miesiac), nie grala od pol roku ale nie mielismy wyboru – jesli bysmy nie mialy zawodniczki to dostalibysmy kare albo musialybysmy oddac punkt. Niestety moj debel i debel w ktorym wlasnie grala kolezanka w ciazy przegral ale honor uratowal ostatni debel i wreszcie zwyciestwo nalezalo do nas:)

Pozniej razem z przeciwniczkami zjadlysmy wspolnie w restauracji (pyszne i duuuuze porcje!), akurat zaczynal sie wtedy mecz Polski …. Zalowalam, ze moich dzieciakow nie bylo bo przy kortach byl stadion pilkarski i male boisko dla dzieciakow, byla tez hala sportowa i akurat odbywala sie tam jakas impreza dla dzieci i dzieciaki mogly malowac buzie, no coz, moze nastepnym razem, jak zostaniemy w Landeslidze:P

w ten weekend mamy w odwiedziny teściów. Z racji, że rano przestało padać ( wiał tylko dość mocno wiatr) i trochę pokazało sie słońce, chcieliśmy gdzies zabrać dzieciaki. Krótko na dwór na rowerki i wylatać pieska i ruszyliśmy na wycieczkę do muzeum człowieka i natury w Monachium (Museum Mensch und Natur). Muzeum znajduje sie w zamku Nymphenburg ( a raczej w jednym jego skrzydle), który należał do króla Ludwika Bawarskiego. Zamek kiedyś zwiedziłam z moimi rodzicami. W pobliżu jest tez oranżeria, w której można aktualnie zobaczyć wystawę egzotycznych motyli, ale to zostawiam sobie na następny raz. Muzeum to poleciła mi kuzynka męża, która była u nas w odwiedziny w październiku i przy okazji oktoberfest, które chciała zobaczyć i ogólnie zwiedzających z chlopakem Monachium, trafiła wlasnie w to miejsce. Muzeum składa sie z parteru i I piętra. Juz na parterze zwiedzając pierwsze sale, w których mozna poznać budowę systemu słonecznego, dinozaury, minerały Dzieci mogły uczyć sie i poznawać poprzez rożne interaktywne quizy. Mogły dotykać, naciskać rożne guziki, robić eksperymenty. na pietrze najbardziej podobała mi sie sala, w której było bardzo dużo możliwości poznania świata roślin i zwierząt. Mozna było przetestować wiedzę na temat gatunków drzew, poznać zwierzęta morskie, rozpoznawać głosy ptaków, obserwować insekty przez szkła powiększające i wiele innych rzeczy…. Niestety z racji, ze moje dzieci jeszcze nie umieją czytać, musiałam im pomagać i czytać polecenia. Próbowały na zasadzie prób i błędów, az sie uda odgadnąć ;) kolejna sala przybliżała wiedzę na temat mózgu i zmysłów, kolejna – genetyki. Na koniec odwiedziny w sklepiku… Dzieciaki kupiły sobie każde po zamykanej lupie, w której była zamknięta biedronka na listku. Polecam bardzo to muzeum, zwłaszcza starszym dzieciom, www.namu-bayern.de. Wstęp nie duży -3,50€ dorosły, dzieci gratis.

nie zaglądałam jakiś czas na bloga bo po pierwsze dużo sie działo a pozatym, co gorsza, zepsuł mi sie laptop :/ prawdopodobnie poszedł ekran i czekam na zamówiona cześć. W połowie września mieliśmy istny zjazd gości. 17 września musiałam z Leti jeszcze szybko do Heckscherklinik w Monachium w sprawie wykluczenia autyzmu u Tusi – post o tym w osobnym wpisie. Na drugi dzień wcześnie rano mieliśmy odwiedziny wujka męża z Wuppertalu, który przyjechał pomoc nam w remoncie – mąż zaprojektował w salonie podwieszany sufit aby ukryć szpecące kable. Razem z wujkiem przyjechała teściowa bo wujek na noc nie chciał sam jechać. Mieli u nas zostać do wtorku rano. Był u nas jeszcze mój tato (głownie z powodu wizyty Tusi w Monachium, musiał Fikaczka odebrać ze szkoły bo ja bym nie dała rady). W weekend okazało sie, ze ma przyjechać kuzynka męża z Krakowa z chlopakiem. Źle sie z nią dogadałem co do terminu ich przyjazdu do nas wiec mieliśmy pełna chatę;) Tata wrócił do domu pierwszy, już w niedziele 21.09. Potem rano we wtorek wrócił Wuppertal a Kraków w piątek. Spędziliśmy miło weekend zanim sie towarzystwo porozjeżdżali – w niedzielę po mszy w polskim kościele w niedaleko położonym Neustadt a.d. Donau, pojechaliśmy do klasztoru Weltenburg (najstarszego klasztoru na Bawarii) i stamtąd popłynęliśmy przełomem Dunaju. Pogoda dopisała bo nigdzie nas nie złapał deszcz a w jedna stronę płynąc statkiem, mieliśmy prawdziwie piękna złotą jesień. Z młodymi byliśmy na Volksfest u nas w mieście, w ostatni dzień były taniej karuzele i inne atrakcje. Młodzi pojechali sami zwiedzić Kristallmuseum i dołączyli do mnie pod szkołą bo o 16 odbierałam Fikiego i potem czekałam tam tez na Tusie aż wróci busikiem z przedszkola. Dzieciaki miały frajdę pojechać na dużej karuzeli z ciocia i wujkiem i pojeździć na autkach;) wieczorem zabraliśmy ich zjeść do Chińczyka. Do końca tygodnia odrabiałam 4 dni pilnowania mojego Tageskind bo z powodu rozpoczęcia roku, remontu i Monachium musiałam odmówić wizyty. Dlatego nigdzie nie mogłam towarzyszyć moim gościom. Na szczęście w środę wybrali sie sami do Monachium pozwiedzać i przy okazji zahaczyć o Oktoberfest, który trwa właśnie. W czwartek przed wyjazdem, jak Tageskind poszła do domu, krótko wybrałam sie z nimi do sklepu czerwonego krzyża niedaleko nas i potem prosto pojechaliśmy odebrać Fikiego ze szkoły i w domu na Tusie czekaliśmy. W piątek rano kuzynka podrzuciła męża do pracy i Fikiego do szkoły żebym miała auto i co ważniejsze o 8:00 była w domu z powodu Tageskind. Auto potrzebowałam bo na 13:00 muszę być z małym u logopedy w Pfaffenhoffen i po nim na treningu piłki nożnej. Wreszcie mogliśmy odebrać klubowy dres z numerem 10:) potem weekend ale tu …. dalej remont bo sufit trzeba było szlifować bo szpachtel był za grubo położony wiec znow w całym domu było biało …. Pomalowaliśmy w kolorze piasku i w następny weekend trzeba kilka małych poprawek i mam nadzieje, ze wreszcie będzie koniec :) Mąż jeszcze kupił półki, które bedą wisiały nad kanapa i będą prezentowały moje puchary :) w niedzielę po letniej przerwie byliśmy na Kleinkindergottesdienst (mszy dla małych dzieci). tym razem było o szukaniu przyjaciela, dzieci malowały i wyklejały obrazek z myszką,która szukała przyjaciela. Po południu, korzystając z ładnej pogody wybraliśmy sie pierwszy raz cała rodzinka na wycieczkę rowerowa w kierunku jezior. Dzieciaki dały radę 3 km w jedna stronę pojechać.

Mijający weekend upłynął nam pod znakiem Indii. Wszystko z racji tego, że mąż był tam w delegacji i po powrocie do Niemiec chciał się odwdzięczyć swoim współpracownikom indyjskim, którzy się nim zajmowali podczas delegacji, zabierali go w różne miejsca, wszystko też za niego płacili ale nie w tym rzecz. Mężowi bardzo podobało się podejście Hindusów, które różniło się kompletnie od niemieckiego podejścia do gości:/ tutaj gdy hinduscy współpracownicy przyjeżdżają, są jedynie odbierani z lotniska i na tym kończy się „gościnność”. Dlatego mój mąż postanowił ocieplić nieco ten wizerunek i sam zorganizował wycieczkę do Monachium. Oczywiście chciał pojechać na tą wycieczkę cała rodzinką :) Niestety zapowiedziane upały sprawdziły się w stu procentach I przez to nasza wycieczka była „nieco” męcząca ale należała do udanych :) Naszą wycieczkę rozpoczęliśmy w mieście gdzie mąż pracuje i w którym znajduje się dworzec kolejowy. w weekend najlepiej skorzystać z tak zwanego Bayern Ticket, który przez cały weekend umożliwia podróż pociągiem po całej Bawarii i dodatkowo bilet ten upoważnia rownież do podróżowania metrem w Monachium a muszę przyznać, ze to bardzo wygodny i praktyczny pomysł. Podróż autem do Monachium to moim zdaniem nienajlepszy pomysł, przetestowalismy do raz. Koszty benzyny, parkingów (o które trudno tam, nie wspomnę o cenach), biletów na metro są nieporównywalnie większe niż cena biletu. Obecnie wynosi ona 22€ od osoby. Biletem tym może podróżować maksymalnie 5 osób, przy czym dzieci poniżej 6 lat jadą za darmo i nie są wliczone do podróżujących tych biletem. Za każdą osobę dopłaca się 4€ więc w sumie nasz bilet na 5 osób dorosłych i dwoje dzieci poniżej 6 lat kosztował nas 38€. Podróż do Monachium trwała około 40 minut. Niestety mieliśmy pecha i pociąg był bardzo zatłoczony i staliśmy ściśnięci  na korytarzu a Oktoberfest jeszcze się nie zaczął;) Za to pierwszy raz widziałam, że po wagonach jeździł pracownik kolei i sprzedawał napoje, podejrzewam, że to było z racji panujących upałów. Z dworca głównego nasza wycieczka pojechała metrem do naszego pierwszego punktu wycieczki -Karlsplatz, zwanego także Stachus. Orzeźwieni wodą z imponującej fontanny stojącej na tym placu, odwiedziliśmy Mc Donalda, gdyż co poniektórym burczalo już w brzuchu, dzieci domagały się tez lodów. Pózniej szliśmy głównym deptakiem Monachium, na którym znajdowały się rożne drogie sklepy, zajrzelismy rownież do sklepu z tradycyjna modą bawarską, tak zwanym Trachtem, bo szukam dla naszej Tusi sukienki w tym stylu ale po pierwsze nie mogłam się zdecydować, po drugie odstraszyly mnie ceny:) popatrzeć zawsze można a ja nigdy nie mam dość. Następnie dowiedzieliśmy dwa kościoły – kościół św. Michala(Michaelskirche) i słynne Frauenkirche, którego charakterystyczne dwie wieże są wizytówką Monachium. Następnie spacerkiem dotarliśmy na Mariensplatz gdzie znajduje się Nowy i Stary Ratusz (Neues Rathaus, Altes Rathaus). Niestety spóźniliśmy się na grające o 11:00 i 12:00 figurki na wieży nowego Ratusza. Może następnym razem … Następnie poszliśmy dalej do najbardziej znanej na świecie piwiarni (hofbräuhaus). Weszliśmy na piętro gdzie dla ochłodzenie napilismy się zimnego piwa, coli i lemoniady. Dzieciaki dostały nawet kredki i kolorowanki ale nasz Fikaczek był zajęty rozpakowywaniem klocków Lego Batman, które mu wcześniej kupiliśmy w Kaufhofie, na pociechę za złamany świetlicy miecz z Gwiezdnych Wojen, który  mu Tusia złamała. Tuska z okazji nadchodzących we wtorek trzecich urodzinek tez dostała kuferek klocków. Na koniec wycieczki poszliśmy coś zjeść do indyjskiej restauracji bo naszym gościom, którym tęskno do ojczyzny, bardzo na tym zależało. Była to moja pierwsza wizyta i nie bardzo na początku wiedziałam co mam zamówić ale w końcu zdecydowałam się na kurczaka, wołowinę i baraninę w przyprawach w sosie, mój mąż się zdecydował na kaczkę. Do wszystkich dań podawano ryż basmati z szafranem. Do picia zamówiliśmy sok z guawy, który ku naszej uciesze był w menu. Zdziwilismy się tylko, ze ma on kolor czerwony bo w chińskiej restauracji ma on kolor zielony. Nasi koledzy nam wyjaśnili, ze owoc guawy w zależności od stopnia dojrzałości, ma albo kolor czerwony albo zielony. Niestety najbardziej się zdziwilismy widząc rachunek – samo nasze picie a więc po dwie szklanki 0,5 każdego mnie i męża zapłaciliśmy „tylko” 42€! Niestety upał robi swoje i chce się pić. Ale warto było, wszystko było smaczne. Niestety z racji, ze opisami się sokiem a wczesńiej Leonardo, nie byłam w stanie zjeść wszystkiego i musieliśmy resztę zaparkować. Byliśmy też mile zaskoczeni postawą restauratorów, bo nasze dzieci zrobiły tam niezły bałagan, były tez głośne. Jak nam wytłumaczyli znajomi, w Indiach jest się bardzo pobłażliwym dla dzieci i na wiele im się pozwala. Po najedzeniu się ruszyliśmy powoli w kierunku metra, którym pojechaliśmy na dworzec. Zależało nam złapać pociąg o 17:22 bo w domu czekał na nas piesek, który był sam już 9 godzin a nas jeszcze czekały zakupy:/ na szczęście goście pomogli nam w zakupach i w domu byliśmy krótko przed 19:00. Piesek poszedł się przejść, polozylismy dzieci spać i koniec dnia uwieńczyliśmy oglaądaniem filmów i domową pizzą margharitą, która wszystkim smakowała. Z racji, że na niedzielę było zapowiedziane 40 stopni, zaproponowaliśmy gościom, że pokażemy im pobliskie jeziora. Niestety dziś było tam przepełnione aut na parkingu i musieliśmy szukać miejsca na położonym okoł pól kilometra obok placyku i stamtąd w upale przejść się kawałek ale było warto – woda w jeziorze była super przyjemna:)


  • RSS