mamawniemczech blog

Na moim blogu opisuję codzienne życie mamy w Niemczech. Jestem dumną mamą chłopca i dziewczynki. Serdecznie zapraszam na mojego bloga! Komentarze mile widziane!

Wpisy z tagiem: wycieczka

Witam po dluzszej przerwie :)

Tyle sie u mnie dzialo, ze nie mialam czasu na pisanie bloga. Jak pisalam wczesniej na dwa tygodnie przyjechali do nas moi rodzice. Czas mijal milo i szybko, zdarzyla sie nawet wielka niespodzianka ale pokolei …

Jak co rok we wrzesniu w naszym miescie odbywaja sie otwarte mistrzostwa tenisa. W zeszlym roku zawody w kategorii pan odwolano z powodu malej ilosci zawodniczek. W tym roku postanowilam sie znow zapisac i dlugo myslalam, ze znow nie bede miala szczescia bo bylam zapisana tylko ja i kolezanka z druzyny ale w miare jak zblizal sie termin, do ktorego mozna bylo sie zglosic, zawodniczek przybywalo i na koniec byla nas szostka. Organizatorzy turnieju postanwili utworzyc dwie grupy – zwyciezczynie grup zagraja ze soba o tytul mistrzyni Geisenfeld. Ja mialam w swojej grupie dwie malolaty co jednak wcale nie przemawialo na moja korzysc bo takie lubia byc zadziorne. Pierwszy mecz mialam wyznaczny na czwartek na 18:30. Niestety inne mecze sie przedluzaly i weszlam na kort o 19:40. Moj kochany maz po pracy przyjechal mi kibicowac, czym sprawil mi mila niespodzianke. Zaczelo sie sciemniac i przy stanie 5:3 dla mnie przeszlysmy na hale. Przejscie z maczki na granulat nigdy nie jest przyjemne wiec sie balam, ze bedzie sie mi gorzej gralo ale pierwszy set nalezal do mnie. Dziewczyna jednak grala bardzo dobrze technicznie, nie wspominajac o jej doskonalej kondycji (13 – latka :P) wiec 2 set zakonczyl sie tie-breakiem na moje konto. W piatek mialam grac z diewczyna, z ktora 3 miesiace temu przegralam na zawodach niedaleko nas, tez nastolatka. Na mecz pojechalam sama, maz jeszcze w pracy byl a dzieciaki byly nad woda z dziadkami. Mecz zaczelam nieco nerwowo ale w koncu pierwszy set nalezal do mnie. W drugim przeciwniczka probowala mnie dogonic i raz jedna raz druga wygrywala gema, jednak i ten set nalezal do mnie a jak zeszlam z kortu, zobaczylam … meza :) Widzial koncowke 2 seta i moje zwyciestwo. Z racji, ze bylam zwyciezczynia grupy, na niedziele na 10:00 wyznaczono mialam wyznaczony mecz finalowy. Nie wiedzialam tylko jeszcze z kim, bo zwyciezczyni drugiej grupy jeszcze nie wylowiono. Piatek byl dniem naszej 10 rocznicy slubu i myslalam, ze z mezem sie wieczorem gdzies wybierzemy na kolacje ale maz mial dla mnie inna niespodzianke :) Mialam do 20 czas sie wyszykowac. Bardzo bylam ciekawa co planowala moja druga polowka. Wzielam prysznic, spakowalam cos na przebranie, kosmetyki i wygodne buty. Rodzice wrocili znad wody, zlozyli nam zyczenia i pojechalismy. Dojechalismy na dworzec i ruszylismy do Monachium. Tam godzine czekalismy na pociag do …. PARYZA ! Maz mnie zupelnie zaskoczyl! Okazalo sie, ze rodzice o wszystkim wiedzieli, a maz zaplanowal to juz 3 miesiace wczesniej. Kolo 10 dojechalismy do Paryza i zaczelismy zwiedzanie. Udalo nam sie zobaczyc prawie wszystko co sobie zaplanowalismy a wiec: Moulin Rouge, wieze Eiffla, wieze Montparnasse, katakumby (niestety nie weszlismy do srodka bo byla strasznie dluga kolejka i bylo nam szkoda czasu), katedre Notre Damme, Luwr (tylko ja), miejsce gdzie stala Bastylia, Luk triumfalny, Pont Neuf. W planach mielismy jeszcze zwiedzenie cmentarza Lachaise gdzie pochowano m.in Chopina ale nie dalismy juz czasowo rady. Wracalismy znow nocnym pociagiem o 20:25. Bardzo denerwowalam sie czy zdaze na final w niedziele b pociag do Paryza sie spoznil i droga powrotna zapowiadala sie na powtorke z rozrywki :/ Dojechalismy do Monachium z malym poslizgiem (uciekly nam dwa pociagi do dworca, przy ktorym stalo nasze auto) ale o 8:28 ruszylismy w kierunku domu. Dotarlismy na korty okolo 9:30. Tam spotkalismy moja mame i …. tesciowa! To byla druga niespodzianka. Tescie przyjechaly w piatek w nocy na weekend i milo spedzili czas w towarzystwie moich rodzicow. Na finale kibicowal mi maz a mamy zabraly dzieci na lody zeby nie przeszkadzaly. Moja rywalka okazala sie kolezanka z druzyny, nasza rakieta numer 3. Denerwowalam sie troche bo jakos nigdy sie nie zdarzylo zebym grala z nia na punkty. Mecz zaczelam od przegrywania 2:0, bylam zmeczona i niewyspana po podrozy i podejrzewalam, ze chyba nici z wygranej ale zabralam sie do roboty i seta wygralam 6:4. Drugi set poszedl gladziej – 6:1 dla mnie! Nie moglam uwierzyc! Przeciwniczka byla zdenerwowana, probowala mi pod koniec meczu wmowic aut serwisowy a ja z mojej strony widzialam slad na lini. Po meczu zobaczylam mojeg tate na lawce kolo meza. Patrzyl na mecz jak sie okazalo, w ukryciu :P Mial urodziny wiec sprawilam mu super prezent wygrywajac zawody :) Po zgloszeniu wyniku, dowiedzialam sie, ze o 12:00 bedzie wreczanie nagrod zwyciezcom. Szybko pojechalismy do domu sie przebrac. Pojechalismy cala rodzinka na ceremonie. Puchary i nagrody wreczal sam burmistrz :) Potem dla uczczenia zwyciestwa i urodzin taty pojechalismy cos zjesc do Wlocha. Po poludniu tesciowie wrocili do domu a moi rodzice zostali z dziecmi i dzieki temu wieczorem moglismy jeszcze po mszy wieczornej pojsc ostatni raz do kina, rodzice ruszali dopiero na drugi dzien. To byl fantastyczny dzien!

Wczoraj z rodzicami i dzieciakami pojechalismy na wycieczke do parku z ptakami i innymi zwierzatkami w Abensberg. Najwieksza atrakcja parku byl pokaz ptakow drapieznych – orla, sepa, sokola. Fikaczek byl juz w tym parku z wycieczka z przedszkola i bardzo mu sie tam podobalo, tak bardzo, ze z wrazenia zapomnial zrobic zdjecia swoim aparatem Fisher Price :P Postanowilismy pojechac z nim jeszcze raz, naprawde bylo warto. Park okazal sie wspanialym miejscem dla dzieci – przy wejsciu znajdowal sie maly plac zabaw, restauracja gdzie mozna bylo sie posilic po zwiedzaniu, kiosk z lodami i maly sklepik z pamiatkami :) Do zwiedzania bylo takze sporo – przerozne ptaki egozotyczne i drapiezne, sowy, kucyki, skunks, osiolki i wiele innych zwierzatek … W parku bylismy prawie 3 godziny! O 15:00 odbylo sie show z drapieznymi ptakami. Drapiezniki lataly nad glowami widowni lapiac nagrody. Na znak opiekuna lataly na pobliskie drzewa i na sygnal powracaly na przygotowane dla nich miejsce kolo widowni. Ptaki mozna bylo obserwwac z bardzo bliska, gdy siedzialy na reku opiekuna. Fikaczek mowil, ze gdy byl z przedszkolem, to mozna bylo poglaskac sowe, tym razem jednak nie byla ona w programie show, szkoda, moze tylko dla dzieci byla wyciagana z klatki :)

Po show poszlismy posilic sie jablecznikiem i ruszylismy na chwile do centrum Abensberg i zatrzymalismy sie pod wieza prywatnego browaru Kuchlbauer. Budynek prezentuje sie bardzo ciekawie pod wzgledem architektonicznym. Nad planami budowy wiezy pracowali architekci Friedensreich Hundertwasser, Peter Pelikan i Leonhard Salleck (wlasciciel prywatnego browaru Kuchlbauer). Wieza zostala zbudwana w 2010 roku, mierzy 34,19 m, kopula wiezy ma srednice 10 m i wazy 12 ton. Poczatkowo wieza miala mierzyc 70 m ale sprzeciwil sie temu pomyslowi konserwator zabytkow, sprawa ta nawet miala swoj final w sadzie.

 

Dla zainteresowanych link:
http://regiowiki.pnp.de/index.php/Kuchlbauer-Turm_(Abensberg)

U stop wiezy znajdowal sie ogrodek piwny, w ktorym mozna bylo takze kupic piwo z browaru – szesciopak z roznymi gatunkami piwa. Tata zaopatrzyl sie w jedno na pamiatke. Jadac do domu widzielismy po drodze przygotowania do zaczynajacego sie 29 sierpnia festynu piwnego Gillamoos. Na pewno sie wybierzemy do Abensberg jeszcze raz :)

 

Mijający weekend upłynął nam pod znakiem Indii. Wszystko z racji tego, że mąż był tam w delegacji i po powrocie do Niemiec chciał się odwdzięczyć swoim współpracownikom indyjskim, którzy się nim zajmowali podczas delegacji, zabierali go w różne miejsca, wszystko też za niego płacili ale nie w tym rzecz. Mężowi bardzo podobało się podejście Hindusów, które różniło się kompletnie od niemieckiego podejścia do gości:/ tutaj gdy hinduscy współpracownicy przyjeżdżają, są jedynie odbierani z lotniska i na tym kończy się „gościnność”. Dlatego mój mąż postanowił ocieplić nieco ten wizerunek i sam zorganizował wycieczkę do Monachium. Oczywiście chciał pojechać na tą wycieczkę cała rodzinką :) Niestety zapowiedziane upały sprawdziły się w stu procentach I przez to nasza wycieczka była „nieco” męcząca ale należała do udanych :) Naszą wycieczkę rozpoczęliśmy w mieście gdzie mąż pracuje i w którym znajduje się dworzec kolejowy. w weekend najlepiej skorzystać z tak zwanego Bayern Ticket, który przez cały weekend umożliwia podróż pociągiem po całej Bawarii i dodatkowo bilet ten upoważnia rownież do podróżowania metrem w Monachium a muszę przyznać, ze to bardzo wygodny i praktyczny pomysł. Podróż autem do Monachium to moim zdaniem nienajlepszy pomysł, przetestowalismy do raz. Koszty benzyny, parkingów (o które trudno tam, nie wspomnę o cenach), biletów na metro są nieporównywalnie większe niż cena biletu. Obecnie wynosi ona 22€ od osoby. Biletem tym może podróżować maksymalnie 5 osób, przy czym dzieci poniżej 6 lat jadą za darmo i nie są wliczone do podróżujących tych biletem. Za każdą osobę dopłaca się 4€ więc w sumie nasz bilet na 5 osób dorosłych i dwoje dzieci poniżej 6 lat kosztował nas 38€. Podróż do Monachium trwała około 40 minut. Niestety mieliśmy pecha i pociąg był bardzo zatłoczony i staliśmy ściśnięci  na korytarzu a Oktoberfest jeszcze się nie zaczął;) Za to pierwszy raz widziałam, że po wagonach jeździł pracownik kolei i sprzedawał napoje, podejrzewam, że to było z racji panujących upałów. Z dworca głównego nasza wycieczka pojechała metrem do naszego pierwszego punktu wycieczki -Karlsplatz, zwanego także Stachus. Orzeźwieni wodą z imponującej fontanny stojącej na tym placu, odwiedziliśmy Mc Donalda, gdyż co poniektórym burczalo już w brzuchu, dzieci domagały się tez lodów. Pózniej szliśmy głównym deptakiem Monachium, na którym znajdowały się rożne drogie sklepy, zajrzelismy rownież do sklepu z tradycyjna modą bawarską, tak zwanym Trachtem, bo szukam dla naszej Tusi sukienki w tym stylu ale po pierwsze nie mogłam się zdecydować, po drugie odstraszyly mnie ceny:) popatrzeć zawsze można a ja nigdy nie mam dość. Następnie dowiedzieliśmy dwa kościoły – kościół św. Michala(Michaelskirche) i słynne Frauenkirche, którego charakterystyczne dwie wieże są wizytówką Monachium. Następnie spacerkiem dotarliśmy na Mariensplatz gdzie znajduje się Nowy i Stary Ratusz (Neues Rathaus, Altes Rathaus). Niestety spóźniliśmy się na grające o 11:00 i 12:00 figurki na wieży nowego Ratusza. Może następnym razem … Następnie poszliśmy dalej do najbardziej znanej na świecie piwiarni (hofbräuhaus). Weszliśmy na piętro gdzie dla ochłodzenie napilismy się zimnego piwa, coli i lemoniady. Dzieciaki dostały nawet kredki i kolorowanki ale nasz Fikaczek był zajęty rozpakowywaniem klocków Lego Batman, które mu wcześniej kupiliśmy w Kaufhofie, na pociechę za złamany świetlicy miecz z Gwiezdnych Wojen, który  mu Tusia złamała. Tuska z okazji nadchodzących we wtorek trzecich urodzinek tez dostała kuferek klocków. Na koniec wycieczki poszliśmy coś zjeść do indyjskiej restauracji bo naszym gościom, którym tęskno do ojczyzny, bardzo na tym zależało. Była to moja pierwsza wizyta i nie bardzo na początku wiedziałam co mam zamówić ale w końcu zdecydowałam się na kurczaka, wołowinę i baraninę w przyprawach w sosie, mój mąż się zdecydował na kaczkę. Do wszystkich dań podawano ryż basmati z szafranem. Do picia zamówiliśmy sok z guawy, który ku naszej uciesze był w menu. Zdziwilismy się tylko, ze ma on kolor czerwony bo w chińskiej restauracji ma on kolor zielony. Nasi koledzy nam wyjaśnili, ze owoc guawy w zależności od stopnia dojrzałości, ma albo kolor czerwony albo zielony. Niestety najbardziej się zdziwilismy widząc rachunek – samo nasze picie a więc po dwie szklanki 0,5 każdego mnie i męża zapłaciliśmy „tylko” 42€! Niestety upał robi swoje i chce się pić. Ale warto było, wszystko było smaczne. Niestety z racji, ze opisami się sokiem a wczesńiej Leonardo, nie byłam w stanie zjeść wszystkiego i musieliśmy resztę zaparkować. Byliśmy też mile zaskoczeni postawą restauratorów, bo nasze dzieci zrobiły tam niezły bałagan, były tez głośne. Jak nam wytłumaczyli znajomi, w Indiach jest się bardzo pobłażliwym dla dzieci i na wiele im się pozwala. Po najedzeniu się ruszyliśmy powoli w kierunku metra, którym pojechaliśmy na dworzec. Zależało nam złapać pociąg o 17:22 bo w domu czekał na nas piesek, który był sam już 9 godzin a nas jeszcze czekały zakupy:/ na szczęście goście pomogli nam w zakupach i w domu byliśmy krótko przed 19:00. Piesek poszedł się przejść, polozylismy dzieci spać i koniec dnia uwieńczyliśmy oglaądaniem filmów i domową pizzą margharitą, która wszystkim smakowała. Z racji, że na niedzielę było zapowiedziane 40 stopni, zaproponowaliśmy gościom, że pokażemy im pobliskie jeziora. Niestety dziś było tam przepełnione aut na parkingu i musieliśmy szukać miejsca na położonym okoł pól kilometra obok placyku i stamtąd w upale przejść się kawałek ale było warto – woda w jeziorze była super przyjemna:)


  • RSS